— Wychodź, opuść mnie natychmiast. Och! Czemuż ksiądz Chélan zabronił mi pisać do ciebie! Byłabym zapobiegła tej ohydzie — mówiła, odpychając go siłą. — Żałuję mej zbrodni; niebo raczyło mnie oświecić — powtarzała przerywanym głosem. — Wyjdź, wyjdź stąd!

— Nie! Po czternastu miesiącach męki nie odejdę, nie pomówiwszy z tobą. Chcę wiedzieć wszystko, coś robiła. Ach! Dosyć cię kochałem, aby zasłużyć na to... Chcę wszystko wiedzieć.

Mimo woli pani de Rênal, stanowczy ton jego głosu podziałał na nią.

Julian, który obejmował ją namiętnie i nie pozwalał się jej uwolnić, puścił ją. Gest ten uspokoił nieco panią de Rênal.

— Usunę drabinę, aby nas nie zdradziła, gdyby ktoś ze służby obudzony hałasem wyszedł do ogrodu.

— Och wyjdź, wyjdź raczej — rzekła we wspaniałym porywie gniewu. — Co mi ludzie? Ale Bóg widzi straszliwą scenę, na jaką mnie narażasz i skaże mnie za nią. Nadużywasz nikczemnie uczuć, które miałam dla ciebie, ale których już nie mam. Słyszy pan, panie Julianie!

Wciągnął drabinę bardzo wolno, aby nie robić hałasu.

— Czy twój mąż w domu? — rzekł, nie aby ją drażnić, ale z dawnego nawyku.

— Nie mów tak do mnie, zaklinam, albo zawołam męża. Zbyt występna już jestem, że nie wypędziłam pana, bez względu na następstwa. Zlitowałam się nad panem — rzekła, siląc się zranić jego dumę i znając jego drażliwość.

To odtrącenie jego ty, ta brutalność, z jaką zrywała serdeczny węzeł, doprowadziły miłość Juliana do szału.