Po wielu domysłach co do pieniężnego listu Julian snuł dalej swe dzieje; uspokoił się nieco, mówiąc o minionym życiu, które wobec chwili obecnej obchodziło go tak mało. Cała jego uwaga skupiła się na tym, jak się skończy jego wizyta.
— Musisz odejść — powtarzała raz po raz pani de Rênal stanowczo.
„Cóż za wstyd dla mnie, jeśli dam się odprawić z kwitkiem! to wspomnienie zatrułoby mi całe życie — myślał. — Ona nie napisze do mnie nigdy; Bóg wie, kiedy tu wrócę!” Wszystkie niebiańskie uczucia pierzchły z jego serca. Siedząc obok ubóstwianej kobiety, tuląc ją w ramionach, w tym pokoju, gdzie bywał tak szczęśliwy, w głębokiej ciemności, słysząc wyraźnie jej płacz, czując po ruchu piersi jej szlochanie, nieszczęśnik stał się chłodnym politykiem, niemal tak wyrachowanym i zimnym, jak kiedy w seminarium czuł się pastwą żarcików silniejszego kolegi. Julian przeciągał opowiadanie, malował swoje nieszczęśliwe życie od czasu, jak opuścił Verrières.
„Tak więc — powiadała sobie pani de Rênal — po roku rozłąki, gdy ja zapomniałam o nim, on bez wszelkiego znaku mej pamięci myślał jedynie o szczęśliwych dniach w Vergy!” Szlochania jej wzmogły się. Julian uczuł, że trzeba spróbować ostatecznego ciosu: przeszedł nagle do listu, który otrzymał z Paryża.
— Byłem się pożegnać z biskupem.
— Jak to, nie wracasz do Besançon! Opuszczasz nas na zawsze?
— Tak — odparł Julian z mocą — tak, opuszczam strony, gdzie zapomniała o mnie nawet ta, którą najbardziej kochałem; opuszczam je, aby nigdy nie wrócić. Jadę do Paryża...
— Jedziesz do Paryża! — krzyknęła pani de Rênal.
Głos jej, zdławiony łzami, zdradził jej bezmierne wzruszenie. Julian potrzebował tej zachęty; miał zdobyć się na krok, który mógł wszystko zgubić: przed tym wykrzyknikiem, nie widząc pani de Rênal, nie wiedział zupełnie, jakie wrażenie osiągnął. Już się nie wahał; obawa wstydu wróciła mu zimną krew; wstał i rzekł chłodno:
— Tak, pani, opuszczam cię na zawsze; bądź szczęśliwa, żegnaj.