Ronsard.
O ile w dostojnym salonie de la Mole wszystko się wydawało dziwne Julianowi, o tyle nawzajem blady ten i czarno ubrany młodzieniec wydawał się bardzo dziwny osobom, które raczyły go zauważyć. Pani de la Mole podsunęła mężowi myśl, aby go wyprawić z jakimś zleceniem w dnie ceremonialnych obiadów.
— Mam ochotę przeprowadzić doświadczenie do końca — odparł margrabia. — Ksiądz Pirard utrzymuje, że popełniamy błąd, krusząc dumę ludzi, których dopuszczamy do siebie. Można się oprzeć jedynie na tym, co stawia opór etc. Ten chłopak razi zresztą jedynie swą obcą fizjonomią, poza tym jest głuchy i niemy.
„Aby się rozeznać w tym świecie — rzekł sobie Julian — muszę zapisywać nazwiska i po parę słów o charakterze osób, które spotykam w salonie”.
Na początku pomieścił kilku przyjaciół domu, którzy na wszelki wypadek zabiegali się o względy Juliana w mniemaniu, że przez kaprys margrabiego posiada on nań wpływ. Były to mizerne i dość płaskie figury; ale trzeba dodać na chwałę tej klasy zapełniającej dziś arystokratyczne salony, nie byli jednako uniżeni wobec wszystkich. Niejeden zniósłby wiele od margrabiego, a nie ścierpiałby ostrzejszego słowa z ust pani de la Mole.
Cechą obojga państwa domu była duma i znudzenie; nadto przywykli obrażać ludzi dla rozerwania się, aby mogli posiadać prawdziwych przyjaciół. Ale wyjąwszy dni dżdżyste oraz momenty nudy okrutnej — co było rzadkie — przestrzegali zawsze doskonałej grzeczności.
Gdyby owych kilku dworaków, którzy okazywali tak ojcowską sympatię Julianowi, opuściło pałac de la Mole, margrabina byłaby zupełnie osamotniona; otóż w pojęciu kobiet tej sfery samotność to rzecz straszna, to symbol niełaski.
Margrabia był wzorowy dla żony; czuwał, aby jej salon był dostatecznie zaludniony; nie parami Francji, gdyż uważał, że nowi jego koledzy nie są dość urodzeni, aby bywać u niego jako przyjaciele, a nie dość zabawni, aby ich przyjmować jak niższych od siebie.
Sekrety te przeniknął Julian znacznie później. Polityka, która wypełniała rozmowy w domach mieszczańskich, w sferze margrabiego wypływa jedynie w chwilach ostatecznej rozpaczy.
Taka jest nawet w tym wieku nudy nieubłagana potrzeba zabawy, iż zgoła w dnie obiadów, ledwie margrabia opuścił salon, wszyscy uciekali. Byle nie żartować z Boga, z księży, z króla, z wpływowych dygnitarzy ani z artystów protegowanych przez dwór, ani ze wszystkiego, co jest przyjęte, byle nie chwalić Bérangera, dzienników opozycyjnych, Woltera ani Russa, ani niczego, co trąci odrobiną swobody myśli, byle zwłaszcza nie mówić nigdy o polityce, można było swobodnie rozprawiać o wszystkim.