Zrobiło się miejsce koło drzwi, Julian mógł wejść.

„Skoro uchodzi za takie cudo w oczach tych lalusiów, warta jest, aby się jej przyjrzeć. Zrozumiem, co jest doskonałością w oczach tych ludzi”.

Gdy jej szukał wzrokiem, Matylda spojrzała na niego.

„Obowiązek mnie woła” — rzekł sobie Julian; ale zły humor wyładował się tylko w tym wyrażeniu. Posunął się wiedziony ciekawością; silnie wycięta suknia Matyldy zabarwiła tę ciekawość uczuciem przyjemności, co prawda w sposób mało pochlebny dla jej miłości własnej. „Świeża jest” — pomyślał. Kilku młodych ludzi — Julian poznał tych, których rozmowie przysłuchiwał się we drzwiach — znajdowało się między nim a Matyldą.

— Pan spędził w Paryżu całą zimę — rzekła — prawda, że to najpiękniejszy bal w tym roku?

Nie odpowiedział.

— Ten kadryl pomysłu Coulona doprawdy prześliczny; i odtańczony znakomicie.

Młodzi ludzie obrócili się, aby ujrzeć, kto jest ów szczęśliwiec, z którego margrabianka chce koniecznie wycisnąć odpowiedź. Odpowiedź nie była zachęcająca.

— Nie mogę sądzić o tym, pani; życie spływa mi przy biurku; to pierwszy tak wspaniały bal, który oglądam.

Młodzi ludzie z wąsikami osłupieli ze zgorszenia.