Matyldy to nie obeszło. Miała tę zasadę, aby nigdy nie patrzeć na starców i na wszelkie rzeczy smutne.

Poszła tańczyć, aby uniknąć rozmów o apopleksji, niegroźnej zresztą, bo na trzeci dzień baron znów wypłynął.

„Ten Sorel nie przychodzi” — powtórzyła w myśli jeszcze raz, przetańczywszy. Szukała go niemal wzrokiem i spostrzegła go w drugim salonie. Rzecz osobliwa, zdawałoby się, że stracił ten wyraz niewzruszonego chłodu, który mu był tak właściwy; nie miał już miny angielskiej.

„Rozmawia z hrabią Altamira, ze skazańcem! — pomyślała. — Oko jego płonie posępnym ogniem, wygląda na przebranego władcę; spojrzenie jeszcze dumniejsze niż zwykle”.

Julian zbliżył się, wciąż rozmawiając z Altamirą; wpatrywała się weń bacznie, studiując jego rysy, aby odnaleźć w nich owe wysokie przymioty zdolne pozyskać człowiekowi zaszczyt śmierci na rusztowaniu.

— Tak — mówił Julian do hrabiego Altamira, przechodząc koło panny de la Mole — Danton to był człowiek!

„O nieba! Byłby on Dantonem? — pomyślała Matylda. — Ale on ma rysy tak szlachetne, a ten Danton był straszliwie brzydki...”

Julian był jeszcze dość blisko, bez namysłu zawołała go; miała tę świadomość — nie wolną od dumy — że zadaje pytanie jak na młodą pannę dość osobliwe.

— Nieprawdaż, Danton był rzeźnikiem? — rzekła.

— Tak, w oczach niektórych osób — odparł Julian z wyrazem ledwie ukrywanej wzgardy i z okiem jeszcze rozpromienionym rozmową z Altamirą — ale nieszczęściem dla ludzi dobrze urodzonych był adwokatem w Mérysur-Seine; to znaczy, pani — dodał złośliwie — zaczął tak jak wielu parów, których tu widzę. To prawda, Danton miał olbrzymią wadę w oczach pięknych kobiet, był bardzo brzydki.