Pan de la Mole wyszedł. Julian wpół martwy poszedł nań czekać w bibliotece. Jakież było jego uczucie, kiedy ujrzał tam pannę de la Mole.

Na jego widok przybrała wyraz niechęci, co do którego nie podobna było się mylić.

Zmożony cierpieniem, oszołomiony niespodzianką, Julian miał tę słabość, że przemówił do niej najtkliwszym, z duszy płynącym tonem:

— Więc nie kocha mnie już pani?

— Brzydzi mnie, że oddałam się pierwszemu lepszemu — rzekła, płacząc z wściekłości.

Pierwszemu lepszemu! — wykrzyknął Julian i porwał stary średniowieczny miecz przechowywany w bibliotece jako osobliwość.

Ból jego, już tak dotkliwy w chwili, gdy odezwał się do panny de la Mole, pomnożyły stokrotnie łzy wstydu, które wylewała w jego oczach. Byłby najszczęśliwszy, gdyby ją mógł zabić.

W chwili gdy z trudem wyciągnął miecz z zardzewiałej pochwy, Matylda szczęśliwa z nowego wrażenia podeszła dumnie; przestała płakać.

Myśl o margrabim de la Mole, swoim dobroczyńcy, stanęła Julianowi żywo przed oczami. „Zabić jego córkę! — rzekł sobie — cóż za ohyda! — Już miał odrzucić szpadę. — Ani chybi — pomyślał — ona parsknie śmiechem na widok tego melodramatycznego gestu!” Ta myśl sprawiła, że odzyskał zimną krew. Obejrzał ciekawie brzeszczot, jak gdyby szukał na nim rdzawej plamy; następnie schował go do pochwy i spokojnie powiesił na złoconym gwoździu.

Czynność ta, dokończona bardzo wolno, trwała z minutę; panna patrzyła nań zdziwiona. „Omal tedy nie zginęła z ręki kochanka!” — powtarzała sobie.