Myśl ta przenosiła ją w najpiękniejsze czasy Karola IX i Henryka III.

Stała nieruchoma przed Julianem, który właśnie powiesił broń, patrzała nań już bez nienawiści. Trzeba przyznać, że była urocza w tej chwili, nie było w niej śladu lalki paryskiej (główny zarzut Juliana wobec paryżanek).

„Znowu gotowa bym ulec — myślała Matylda — dopieroż by się uważał za mego pana i władcę i to właśnie w chwili, gdym doń mówiła tak ostro”. Uciekła.

— Boże! Jaka ona piękna! — rzekł Julian, patrząc za odchodzącą — pomyśleć, że niespełna przed tygodniem ta istota rzucała mi się w ramiona z taką furią... I te chwile nie wrócą nigdy! I to z mojej winy! I w chwili tak niezwykłego, tak chlubnego dla mnie zdarzenia byłem na nie nieczuły!.... Trzeba przyznać, że natura dała mi płaski i nieszczęśliwy charakter!

Wszedł margrabia; Julian czym prędzej oznajmił wyjazd.

— Dokąd? — spytał nagle pan de la Mole.

— Do Languedoc.

— O nie, za pozwoleniem, mam dla ciebie, ważniejsze przeznaczenie; jeśli pojedziesz, to na północ... a nawet, mówiąc po wojskowemu, internuję cię w pałacu. Bądź łaskaw nie oddalać się na dłużej, mogę cię potrzebować w każdej chwili.

Julian skłonił się i wyszedł bez słowa, ku zdumieniu margrabiego. Nie był w stanie mówić, zamknął się w pokoju. Tam mógł swobodnie rozpamiętywać całą okropność swego położenia.

„Tak więc — myślał — nie mogę nawet się oddalić! Bóg wie, jak długo margrabia zatrzyma mnie w Paryżu. Boże! Cóż się ze mną stanie? I nie mam przyjaciela, którego bym się mógł poradzić: ksiądz Pirard nie pozwoliłby mi dokończyć pierwszego zdania, hrabia Altamira zaproponowałby mi udział w jakim spisku”.