Każde słowo mnożyło mękę Juliana. Chciał uciec; ona zatrzymała go rozkazującym gestem.
— Raczy pani zauważyć — rzekł — że pani mówi bardzo głośno; może ktoś usłyszeć.
— Więc cóż! — odparła dumnie panna — Któż się ośmieli powiedzieć mi, że słyszał! Chcę na zawsze uleczyć pańską mizerną ambicję z pewnych fałszywych pojęć.
Skoro Julian zdołał wyjść z biblioteki, był tak zdziwiony, że tym samym mniej odczuwał swoje nieszczęście. „Więc tak! Nie kocha mnie już! — powtarzał głośno, jak gdyby zdając przed sobą sprawę z położenia. — Kochała mnie może jaki tydzień lub dwa, ja zaś będę ją kochał całe życie.
Czy to możliwe, nie była niczym! niczym dla mego serca tak niedawno temu!”
Duma zalewała serce Matyldy. Zdołała tedy zerwać raz na zawsze! To, że mogła odnieść pełny triumf nad skłonnością tak potężną, napełniało ją szczęściem. „Nareszcie ten chłopak zrozumie i to raz na zawsze, że nie ma i nie będzie miał nigdy żadnej władzy nade mną”. Czuła się tak szczęśliwa, że istotnie w tej chwili nie było w niej ani śladu miłości.
Po tak okrutnej, upokarzającej scenie u człowieka mniej namiętnego niż Julian miłość byłaby niemożliwa. Nie uchybiając ani na chwilę temu, co była winna samej sobie, panna de la Mole powiedziała mu mnóstwo rzeczy przykrych, a tak dobrze obliczonych, że mogły robić wrażenie prawdy nawet rozważane z zimną krwią.
W pierwszej chwili Julian wyciągnął z tej zdumiewającej sceny wniosek, że Matylda jest bezgranicznie dumna. Wierzył, że wszystko między nimi skończone, mimo to nazajutrz okazał się w jej obecności zmieszany i wystraszony. Była to wada, której dotąd nie można było mu wyrzucać. Zarówno w małych jak wielkich rzeczach wiedział jasno, co powinien i co chce uczynić.
Po śniadaniu, kiedy pani de la Mole poprosiła go o rewolucyjną, a mimo to dość rzadką broszurę, którą proboszcz przyniósł jej rano w sekrecie, Julian, biorąc druk z konsoli, strącił niebieski porcelanowy wazon, zresztą bardzo brzydki.
Pani de la Mole zerwała się, wydając krzyk rozpaczy i podeszła, aby obejrzeć szczątki ukochanego wazonu.