— To stara japońszczyzna — rzekła — miałam go po ciotecznej babce, przeoryszy w Chelles; był to dar Holendrów dla księcia regenta, który go dał swojej córce...
Matylda podeszła wraz z matką, uszczęśliwiona z katastrofy niebieskiego wazonu, którego nie cierpiała. Julian stał milczący i bynajmniej niezmieszany; znalazł się tuż obok panny.
— Wazon ten — rzekł — strzaskany jest na zawsze; tak i uczucie, które władało mym sercem; proszę, byś pani raczyła mi darować wszystkie szaleństwa, do których mnie przywiodła. — To rzekłszy, wyszedł.
— Można by rzec w istocie — rzekła pani de la Mole — że ten Sorel jest dumny i szczęśliwy z tego, co uczynił.
Słowa te ugodziły Matyldę wprost w serce. „To prawda — pomyślała — matka odgadła: to w istocie uczucie, które go przenika”.
Wówczas dopiero pierzchła radość ze sceny, którą mu zrobiła wczoraj. „A więc wszystko skończone — rzekła sobie z pozornym spokojem — mam naukę na przyszłość; straszny, upokarzający błąd; nauczy mnie rozsądku na całe życie”.
„Ach, czemuż to, co rzekłem, nie jest prawdą? — pomyślał Julian — czemu miłość do tej szalonej dziewczyny dręczy mnie jeszcze?”
Miłość ta miast wygasnąć, jak się spodziewał, czyniła szybkie postępy. „Szalona jest — powiadał sobie — ale czy nie jest urocza? Czy może być coś wdzięczniejszego? Czyż wszystkie upojenia najwykwintniejszej kultury nie skupiają się w jej osobie?”
Wspomnienia minionego szczęścia oblegały Juliana i zniweczyły niebawem wpływ rozsądku. Rozum daremnie walczy przeciw takim wspomnieniom; jego surowe zakazy mnożą jedynie ich urok.
W dwadzieścia cztery godziny po stłuczeniu starego japońskiego wazonu Julian był stanowczo jednym z najnieszczęśliwszych ludzi.