— Milcz, durniu — rzekł książę, wchodząc. Powiedział to tak dobrze, z takim majestatem, że Julian pomyślał, że umieć się zgniewać na lokaja stanowi całą umiejętność tej wielkiej figury. Julian podniósł oczy i spuścił je natychmiast. Tak dobrze odgadł rolę nowo przybyłego, że drżał, aby spojrzenie nie było niedyskrecją.

Książę był to mężczyzna pięćdziesięcioletni, wytwornie ubrany, poruszający się jak na sprężynach. Miał wąską głowę, duży nos, twarz martwą i wydatną; trudno o połączenie szlachetniejszej i bardziej nieznaczącej zarazem fizjonomii. Przybycie jego dało hasło do otwarcia posiedzenia.

Obserwacje Juliana przerwał nagle głos pana de la Mole.

— Przedstawiam panom księdza Sorel — rzekł margrabia — obdarzony jest zdumiewającą pamięcią; przed godziną wspomniałem mu o misji, którą może być zaszczycony i aby dać dowód pamięci, nauczył się na pamięć pierwszej stronicy „Quotidienne”.

— He, he! Zagraniczne nowinki tego poczciwego N... — rzekł gospodarz domu. Wziął żywo dziennik, popatrzył na Juliana z miną tak ważną, że przez to aż komiczną i rzekł — Mów pan.

Zapanowało milczenie, wszystkie oczy zwróciły się na Juliana; recytował tak płynnie, że po dwudziestu wierszach książę rzekł:

— Wystarczy.

Mały człowiek ze wzrokiem odyńca usiadł. Był snadź przewodniczącym zebrania, zająwszy bowiem miejsce, dał znak Julianowi, aby przysunął stolik karciany stojący opodal. Julian usiadł, zaopatrzywszy się w przybór do pisania. Policzył osoby siedzące dokoła zielonego sukna; było ich dwanaście.

— Panie Sorel — rzekł książę — przejdź pan do sąsiedniego pokoju, zawołamy pana.

Pan domu przybrał niespokojną minę.