— Okiennice niezamknięte — szepnął do sąsiada.
— Nie ma potrzeby wyglądać oknem — krzyknął ktoś głupio za Julianem.
„Ot, wpakowałem się co najmniej w spisek — pomyślał Julian. — Szczęściem, nie jest on z tych, które prowadzą na rusztowanie. Gdyby zresztą i było niebezpieczeństwo, winien to jestem, i więcej jeszcze, margrabiemu. Szczęśliwy byłbym, gdyby mi dane było odkupić wszystkie strapienia, jakie mogą mu sprawić moje szaleństwa!”
Wciąż myślał o swoich szaleństwach i o swym nieszczęściu, rozglądał się tak, aby nie zapomnieć żadnego szczegółu. Przypomniał sobie dopiero wówczas, że nie wołano na wsiadanym nazwy ulicy i że margrabia przybył tu dorożką, co mu się nigdy nie zdarzało.
Długo zostawiono Juliana jego dumaniom. Salon, w którym się znalazł, obity był czerwonym aksamitem z szeroką taśmą złotej lamy. Na konsoli stał duży krucyfiks z kości słoniowej, na kominku, książka pana de la Maistre O papieżu, wspaniale oprawna, ze złoconymi brzegami. Julian otworzył ją, aby się nie wydawało, że podsłuchuje. Od czasu do czasu mówiono w sąsiednim pokoju bardzo głośno. Wreszcie drzwi się otwarły; zawołano go.
— Pomnijcie, panowie — rzekł przewodniczący, że od tej chwili mówimy w obecności księcia ***. Ten pan — rzekł, wskazując na Juliana — to młody lewita oddany świętej sprawie; dzięki swej zadziwiającej pamięci potrafi oddać najdrobniejsze słowo dyskusji.
— Pan ma głos — rzekł, wskazując jegomościa z ojcowską miną i w kilku kamizelkach. Julian pomyślał, że właściwiej byłoby go nazwać panem w kamizelkach.
Wziął papier i pilnie notował.
Tutaj autor chciał wykropkować całą stronicę.
— To będzie pretensjonalnie — rzekł wydawca — dla utworu zaś tak błahego jak pański, pretensjonalność to śmierć.