— To sutanna — pomyślał, ujmując ostrożnie pistolety, które umieścił pod poduszką.

— Niech się ksiądz nie lęka, nie zbudzi się — rzekł poczmistrz. — Potraktowałem ich wczoraj owym winem, które ksiądz sam przyrządził.

— Nie widzę żadnych papierów — odparł ksiądz. — Dużo bielizny, pachnideł, pomady, fatałachów: to jakiś światowy laluś pochłonięty uciechami. Emisariuszem będzie raczej ten drugi, który udaje włoski akcent.

Zbliżyli się, aby przetrząsnąć ubranie Juliana. Miał chętkę zabić ich jako złodziejów. Nie pociągnęłoby to groźnych następstw. Szaloną miał ochotę... „To byłoby głupstwo — rzekł sobie — naraziłbym swoją misję”.

— To nie jest dyplomata — rzekł ksiądz, przetrząsnąwszy odzież, po czym oddalił się i dobrze uczynił.

„Jeśli mnie tknie w łóżku, biada mu — myślał Julian — może on przyszedł po to, aby mnie zasztyletować, tego bym nie zniósł”.

Ksiądz odwrócił głowę, otworzył do połowy oczy; jakież było zdumienie Juliana! Był to ksiądz Castanède. W istocie, mimo iż silili się mówić po cichu, jeden głos wydał się Julianowi od początku znajomy. Uczuł pokusę, aby uwolnić ziemię od jednego z najnikczemniejszych łajdaków...

„A moja misja!” — rzekł sobie w duchu.

Ksiądz i jego akolita wyszli. W kwadrans potem Julian udał, że się zbudził. Poruszył cały dom.

— Otruty jestem! — krzyknął — cierpię straszliwie!