Pochodziło to stąd, że obecnie nieubłaganą jego nieprzyjaciółką stała się owa potężna wyobraźnia, niegdyś wciąż zatrudniona obrazami świetnej przyszłości.

Zupełna samotność potęgowała jeszcze władzę czarnej wyobraźni. Jakimż skarbem byłby mu przyjaciel! „Ale — powiadał sobie Julian — czy jest serce, które by biło dla mnie? A gdybym miał przyjaciela, czyż honor nie nakazywałby mi wiekuistego milczenia?”

W tak smutnym usposobieniu objeżdżał konno okolice Kehl; jest to miasteczko nad Renem, unieśmiertelnione przez Dessaixa i Gouvion-Saint-Cyr. Wieśniak niemiecki pokazywał mu strumyki, drogi, wysepki na Renie wsławione męstwem tych wielkich wodzów. Julian, powodując koniem lewą ręką, trzymał w prawej wspaniałą mapę zdobiącą Pamiętniki marszałka Saint-Cyr. Naraz usłyszał wesoły okrzyk; podniósł głowę.

Był to książę Korazow, ów przyjaciel z Londynu, który przed kilkoma miesiącami odsłonił mu zasady dandyzmu. Wierny tej wielkiej sztuce Korazow, bawiący po drodze ze Strasburga od pół godziny w Kehl, nie przeczytawszy zresztą w życiu ani wiersza o oblężeniu z 1796, zaczął wszystko tłumaczyć Julianowi. Niemiecki chłopak spoglądał nań zdziwiony; rozumiał tyle po francusku, aby ocenić grube omyłki, jakie popełniał książę. Julian był o sto mil od myśli o tym, patrzał olśniony na pięknego młodzieńca, podziwiał jego wdzięk w dosiadaniu konia.

„Szczęśliwa natura — myślał. — Jak te spodnie doskonale leżą; jak wykwintnie ostrzyżony! Ach, gdybym ja był taki, nie zbrzydziłaby mnie sobie może po trzech dniach miłości”.

— Wyglądasz jak trapista — rzekł książę, skończywszy wykład — przeholowałeś w powadze, którą ci wszczepiłem w Londynie. Smutek nie jest nigdy w dobrym tonie: należy być znudzonym. Jeżeliś smutny, to znaczy, że ci czegoś brakuje, że coś ci się nie powiodło. To znaczy przyznawać się do upośledzenia. Przeciwnie, być znudzonym, znaczy, że niełatwo coś ci się zdoła spodobać. Zrozumże, mój drogi, tę olbrzymią różnicę.

Julian rzucił talara wieśniakowi, który słuchał z rozdziawioną gębą.

— Dobrze — rzekł książę — w tym był wdzięk, była szlachetna wzgarda! Doskonale!

I puścił się galopa. Julian pognał za nim, przejęty cielęcym podziwem.

„Och! Gdybym był doń podobny, nie przełożyłaby nade mnie takiego Croisenois!” Im bardziej odczuwał rozumowo śmiesznostki księcia, tym bardziej gardził sobą, że je podziwia i cierpiał, że ich nie posiada. Nie podobna dalej posunąć wstrętu do samego siebie.