W bezmiarze przerażenia zdało mu się, że widzi już w oczach panny de la Mole mniej tkliwości. Było to złudzenie; ale twarz Juliana zmieniła się nagle i stała się śmiertelnie blada. Oczy jego zgasły; wyraz dumy niewolnej od ironii zajął nagle miejsce najoddańszej63 miłości.

— Co tobie, drogi? — spytała Matylda z czułością i niepokojem.

— Kłamię — odparł Julian twardo — i kłamię przed tobą! Wyrzucam to sobie, a wszakże Bóg wie, iż szanuję cię na tyle, aby nie kłamać. Kochasz mnie, jesteś mi oddana, nie potrzebuję frazesów, aby trafić do twego serca.

— Wielki Boże! Czyż to frazesy, wszystkie te urocze słowa, które powtarzasz mi od kwadransa?

— Niestety, biję się w piersi, droga Matyldo. Ułożyłem je swego czasu dla kobiety, która mnie kocha, a którą byłem nieco znudzony... To mój nieszczęsny charakter, sam spowiadam się z niego przed tobą, daruj mi.

Gorzkie łzy spływały po licach Matyldy.

— Z chwilą gdy mnie coś urazi i wprawi w zadumę — ciągnął Julian — moja niegodziwa pamięć, którą przeklinam w tej chwili, nastręcza mi ratunek i nadużywam go.

— Czy mimo woli popełniłam coś, co cię uraziło? — spytała Matylda z czarującą prostotą.

— Jednego dnia, przypominam sobie, przechodząc koło tych powojów, zerwałaś kwiatek, de Luz wziął ci go z ręki i ty mu go zostawiłaś. Stałem tuż za tobą.

— De Luz? To niemożliwe — odparta Matylda z wrodzoną wyniosłością — nie mam takich zwyczajów.