— Wiem z pewnością — odparł porywczo Julian.
— Więc dobrze, prawda, drogi mój — rzekła Matylda, spuszczając smutno oczy. Wiedziała stanowczo, że od wielu miesięcy nie pozwoliła panu de Luz na nic podobnego.
Julian spojrzał na nią z niewysłowioną czułością: „Nie — pomyślał — ona nie kocha mniej”.
Wieczorem wymawiała mu żartem jego słabostkę dla pani de Fervaques.
— Mieszczanin zakochany w parweniuszce! Tego rodzaju serca to są jedyne, których mój Julian nie zdoła przywieść do szaleństwa. Zrobiła z ciebie dandysa — mówiła, bawiąc się jego włosami.
Od czasu, jak sądził, że Matylda nim gardzi, Julian stał się jednym z najlepiej ubranych ludzi w Paryżu; miał zaś nad zawodowymi elegantami tę wyższość, że raz dokończywszy toalety, nie myślał już o niej.
Jedno drażniło Matyldę; Julian w dalszym ciągu kopiował listy Rosjanina i przesyłał je marszałkowej.
LXII. Tygrys
Ha! czemuż to, a nie co innego!
Beaumarchais