Pewien angielski podróżnik opowiada dzieje swej zażyłości z tygrysem; wychował go, pieścił, ale zawsze miał na stole nabity pistolet.
Julian dał się unosić nadmiarowi swego szczęścia jedynie w chwilach, gdy Matylda nie mogła tego szczęścia wyczytać w jego oczach. Ściśle dopełnił nałożonego sobie obowiązku, aby jej rzec od czasu do czasu coś przykrego.
Kiedy słodycz Matyldy, której przyglądał się ze zdumieniem, i nadmiar jej oddania miały mu już odjąć władzę nad sobą, wówczas zdobywał się na to, aby ją opuścić.
Pierwszy raz w życiu Matylda kochała.
Życie, które zawsze się wlekło dla niej żółwim krokiem, teraz leciało na skrzydłach.
Ponieważ trzeba było jakiegoś upustu dla jej dumy, harda panna wystawiała się na wszystkie niebezpieczeństwa, jakie miłość mogła na nią ściągnąć. Julian musiał być przezorny za nią: jedynie wtedy, kiedy chodziło o niebezpieczeństwo nie chciała ulec jego woli. Ale, pokorna i uległa z nim, objawiała tym większą butę wobec otoczenia, rodziców czy służby.
Wieczorem w salonie wobec kilkudziesięciu osób przywoływała Juliana, aby z nim szeptać na osobności.
Kiedy raz Tanbeau usiadł koło nich, poprosiła, aby jej przyniósł z biblioteki tom Smolletta, w którym znajduje się rewolucja roku 1688; kiedy się zaś wahał, dodała:
— A niech się pan nie śpieszy. — Powiedziała to ze wzgardliwą wyniosłością, która była jak balsam dla duszy Juliana.
— Zauważyłaś spojrzenie tej żmii? — spytał.