— Próbowałem; wówczas prosiłem o wysłanie mnie do Languedoc.
Zmęczony bieganiem po pokoju margrabia, zmożony bólem, rzucił się na fotel; Julian usłyszał, jak mówił półgłosem:
— Nie, to nie jest zły człowiek.
— Nie, nie dla pana — wykrzyknął Julian, przypadając do jego kolan. Ale zawstydził się strasznie tego kroku i podniósł się rychło.
Margrabia był w istocie nieprzytomny. Na ten gest Juliana zaczął go znów obsypywać karczemnymi wyzwiskami. Nowość tych klątw sprawiła mu może ulgę.
— Jak to? Moja córka ma się nazywać panią Sorel! Moja córka nie będzie księżną! — Za każdym razem, kiedy te dwie myśli rysowały się z całą jasnością, pan de la Mole cierpiał męki i tracił panowanie nad sobą. Julian lękał się, aby go nie zaczął bić.
W jaśniejszych chwilach, kiedy margrabia zaczynał się oswajać z nieszczęściem, zwracał się do Juliana z dość słusznymi wymówkami.
— Trzeba było uciekać, mój panie... — mówił. — Pańskim obowiązkiem było uciekać... Jesteś ostatnim łaj...
Julian podszedł do stołu i napisał:
„Od dawna życie stało mi się nie do zniesienia, kładę mu kres. Proszę, aby pan margrabia przyjął, wraz z wyrazami bezgranicznej wdzięczności, moje przeprosiny za kłopot, jaki może sprawić moja śmierć w pałacu”.