Staruszek zaczerpnął oddech.

— Przedwczoraj dopiero dostałem twój list z Strasburga z pięćset frankami dla biednych; doręczono mi go w górach, gdzie osiadłem u bratanka. Wczoraj dowiaduję się o katastrofie... O nieba! Czy to możliwe!

Starzec nie płakał, wyglądał jak nieprzytomny. Dodał machinalnie:

— Będzie ci trzeba twoich pięciuset franków, odnoszę ci je.

— Trzeba mi ciebie, ojcze! — wykrzyknął Julian wzruszony. — Mam zresztą pieniądze.

Ale nie zdołał już nic wydobyć ze staruszka. Od czasu do czasu ksiądz Chélan ronił kilka łez, które spływały w milczeniu po twarzy; następnie spoglądał na Juliana jakby zdziwiony, że chłopiec ujmuje jego ręce i niesie je do ust. Ta fizjonomia niegdyś tak żywa, wyrażająca najszlachetniejsze uczucia, nie była już zdolna ocknąć się z apatii. Jakiś wieśniak przybył niebawem do starca.

— Nie trzeba go męczyć — rzekł do Juliana, który zrozumiał, że to bratanek.

Zjawisko to pogrążyło go w głębokim przygnębieniu, łzy mu obeschły. Wszystko zdało mu się beznadziejnie smutne; czuł jak serce mu lodowacieje w piersiach.

Była to najokropniejsza chwila, jakiej doświadczył od spełnienia zbrodni. Ujrzał oto śmierć w całej jej szpetocie. Wszystkie złudzenia wielkości duszy, szlachetności pierzchły jak obłok przed burzą.

Ten straszny stan trwał kilka godzin. Po zatruciu moralnym trzeba leków fizycznych, szampańskiego wina. Julian uważałby się za tchórza, gdyby się do tego uciekał. Pod koniec okropnego dnia, który spędził, przechadzając się w ciasnej wieży, wykrzyknął wreszcie: „Szaleniec ze mnie! Tylko wtedy, gdybym miał umrzeć jak inni ludzie widok biednego starca powinien by mnie wtrącić w ten smutek; ale śmierć szybka i w kwiecie wieku zabezpiecza mnie właśnie od tej smutnej zgrzybiałości”.