Tu znów zrywał się nagle. „Gdybym był zranił śmiertelnie panią de Rênal, zabiłbym się... Trzeba mi tej pewności, aby nie czuć wstrętu do samego siebie.
Zabić się! Oto wielka sprawa — mówił sobie. — Ci sędziowie, tacy formaliści, tacy zażarci na biednego winowajcę, ludzie, którzy powiesiliby najlepszego obywatela, aby zarobić order... Umknąłbym się ich władzy, ich niezdarnym obelgom, które miejscowy dzienniczek nazwie krasomówstwem...”
„Mam do życia mniej więcej kilka tygodni. Zabić się! Na honor, nie — rzekł po kilku dniach. — Napoleon został przy życiu...
Zresztą, życie jest przyjemne, pobyt spokojny, nie ma natrętów” — dodał, śmiejąc się, i zaczął gotować spis książek, które zamierzał sprowadzić z Paryża.
LXVII. Wieża
Grób przyjaciela.
Sterne.
Raz o niezwykłej porze usłyszał hałas na korytarzu; orzeł morski odleciał z krzykiem, drzwi otworzyły się i czcigodny ksiądz Chélan, drżący, z laską w ręku, rzucił się w objęcia Juliana.
— Och, wielki Boże! Czy podobna, moje dziecko... Wyrodku! chciałem powiedzieć.
Dobry starzec nie mógł dodać ani słowa. Julian zląkł się, aby nie upadł. Musiał go odprowadzić do krzesła. Ręka czasu zaciężyła nad tym człowiekiem, niegdyś tak pełnym energii. Wydał się Julianowi jakby cieniem samego siebie.