— Chwat z pana, panie Julianie — rzekł. — Dwa razy zaglądałem i nie chciałem pana budzić. Ma pan tu dwie butelki doskonałego wina, które panu przysyła ksiądz Maslon, nasz proboszcz.

— Jak to, ten obwieś jeszcze tutaj? — spytał Julian.

— A tak — rzekł dozorca ciszej — ale niech pan nie mówi tak głośno, to by panu mogło zaszkodzić.

Julian rozśmiał się z serca.

— W moim położeniu jedynie pan mógłbyś mi zaszkodzić, gdybyś przestał być dobry i ludzki... Zapłacę ci dobrze — dodał Julian z wyniosłą miną, którą usprawiedliwiała wręczona równocześnie sztuka złota.

Noiroud opowiedział na nowo ze szczegółami wszystko, czego się dowiedział o pani de Rênal, ale nie wspomniał nic o odwiedzinach Elizy. Był pokorny i uniżony do ostatnich granic. Julianowi przemknęła przez głowę taka myśl: „Ten olbrzym-pokraka zarabia tu może jakieś trzysta, czterysta franków, ile że więzienie stoi zazwyczaj puste; mogę mu zapewnić dziesięć tysięcy, jeśli zechce uciec ze mną do Szwajcarii... Trudność w tym, aby go przekonać o mojej dobrej wierze”. Myśl o długiej rozmowie, jaką musiałby przebyć z tak plugawą istotą, obudziła w Julianie wstręt, zaczął myśleć o czym innym.

Wieczorem było już za późno. O północy zajechała po niego karetka pocztowa. Żandarmi towarzyszący Julianowi zachowywali się bardzo przyzwoicie. Rano, skoro przybył do więzienia w Besançon, pomieszczono go łaskawie na górnym piętrze gotyckiej wieży. Ocenił architekturę na początek XIV wieku; podziwiał jej wdzięk i lekkość. Przez wąską przestrzeń między murami oko Juliana ogarniało skrawek wspaniałego widoku.

Nazajutrz przebył śledztwo, po czym przez kilka dni zostawiono go. Był w duszy spokojny, cała sprawa wydawała mu się niezmiernie prosta: chciałem zabić, powinienem być zabity.

Nie myślał o tym bliżej. Sąd, przykrość publicznego występu, obrona, wszystko to wydawało mu się niby drobny kłopot, nudny ceremoniał, o którym będzie czas myśleć, gdy przyjdzie pora. Chwila śmierci nie obchodziła go również: „Pomyślę o tym po wyroku”. Życie nie zdawało mu się nudne, patrzał na wszystkie rzeczy pod innym kątem, nie miał już ambicji. Rzadko myślał o pannie de la Mole. Zaprzątały go natomiast wyrzuty i nasuwały mu często obraz pani de Rênal, zwłaszcza w ciszy nocnej, którą w tej wyniosłej wieży przerywał jedynie krzyk morskiego orła.

Dziękował niebu, że jej nie zranił śmiertelnie. „Rzecz zdumiewająca! — powiadał sobie — Sądziłem, że listem swoim do pana de la Mole zniweczyła na zawsze moje przyszłe szczęście, oto w niespełna dwa tygodnie po liście nie myślę już zupełnie o tym, co mnie zaprzątało... Dwa, trzy tysiące franków, aby żyć spokojnie gdzieś w górach, w Vergy... Byłem wówczas szczęśliwy... Nie znałem swego szczęścia!”