Gdyby pani de Rênal była tu w miejsce Matyldy, czy mógłbym ręczyć za siebie? Bezmiar mej rozpaczy i żalu uchodziłby w oczach Valenodów i wszystkich okolicznych patrycjuszów za niegodny lęk przed śmiercią; tak dumni są ci słabi ludzie, których majątek ich stawia powyżej pokus! Oto — powiedzieliby tacy Moirod i Cholin, którzy skazali mnie na śmierć — co znaczy urodzić się synem cieśli! Można zdobyć naukę, zręczność, ale odwaga!... odwagi nie da się nauczyć. Nawet przy tej biednej Matyldzie, która płacze teraz lub raczej nie może już płakać” — rzekł, patrząc na jej czerwone oczy... I uścisnął ją; widok prawdziwej boleści przerwał nitkę rozumowań... „Płakała całą noc — pomyślał — kiedyś jakże się będzie wstydzić tego wspomnienia! Uwierzy święcie, że młoda i niedoświadczona dała się odurzyć nikczemnym sofizmatom plebejusza... Croisenois jest dość słaby, aby ją zaślubić i na honor, dobrze uczyni. Matylda zrobi zeń wybitnego człowieka.
Mocą, jak duch krzepki i w objęciu śmiały,
Duszy zwykłych śmiertelnych narzuca ospałej.
Ha, ha! to zabawne: od czasu, jak mam umrzeć, wszystkie wiersze, jakie umiałem w życiu, przychodzą mi na pamięć. To musi być znak upadku sił”.
Matylda powtarzała zgasłym głosem:
— Jest tam, w sąsiednim pokoju.
Wreszcie zwrócił uwagę na jej słowa. „,Głos zesłabł — pomyślał — ale cały jej despotyczny charakter brzmi jeszcze w akcencie. Ścisza głos, aby nie wybuchnąć gniewem”.
— Kto taki? — spytał łagodnie.
— Adwokat; przyniósł ci apelację do podpisu.
— Nie będę apelował.