Dla formy zwalczał postanowienie skazańca. Julian, pragnąc mu okazać szacunek, wyszczególnił swoje racje.

— Na honor, można rozumować i tak — rzekł w końcu pan Felix Vanneau: było to nazwisko adwokata. — Ale masz pan trzy pełne dni czasu do apelacji i moim obowiązkiem jest zjawiać się tutaj co dzień. Gdyby wulkan otwarł się pod więzieniem w ciągu dwóch miesięcy, byłbyś pan ocalony. Może pan umrzeć z jakiej choroby — rzekł, spoglądając na Juliana.

Julian uścisnął mu rękę.

— Dziękuję panu, jest pan dzielny człowiek. Pomyślę.

Kiedy Matylda wyszła wreszcie z adwokatem, czuł o wiele więcej sympatii do niego niż do niej.

LXXIII.

W godzinę później, gdy spał głęboko, obudziły go łzy spływające mu po ręce. „Ach, znowu Matylda — pomyślał na wpół przebudzony. — Przychodzi, wierna swym poglądom, zwalczać tkliwością moje postanowienie”. Znudzony perspektywą patetycznej sceny, nie odwrócił oczu.

Usłyszał niezwykłe westchnienia, otworzył oczy: była to pani de Rênal.

— Ach, widzę cię jeszcze przed śmiercią, czy to złuda? — wykrzyknął, rzucając się jej do nóg. — Ale daruj mi pani, w twoich oczach jestem tylko mordercą — rzekł natychmiast, opamiętując się.

— Panie Julianie, przychodzę błagać, byś apelował; wiem, że pan nie chce... — Szlochania zdławiły ją; nie mogła mówić.