— A zatem przysięgasz na swą miłość dla mnie nie targnąć się na swoje życie bezpośrednio ani pośrednio... Pomyśl — dodał — trzeba byś żyła dla mego syna, którego Matylda porzuci na łaskę lokajów z chwilą, gdy zostanie margrabiną de Croisenois.
— Przysięgam — rzekła chłodno — ale chcę mieć twoją apelację napisaną i podpisaną własną ręką. Pójdę sama do prezydenta sądu.
— Uważaj, narażasz się.
— Po mej bytności u ciebie w więzieniu jestem na zawsze dla całego Besançon i okolicy pastwą języków — rzekła z głębokim smutkiem. — Przekroczyłam granice, honor mój stracony; prawda, że to dla ciebie.
W głosie jej było tyle smutku, że Julian uścisnął ją z nieznanym dotąd wzruszeniem. Nie było to już pijaństwo miłości; była to bezmierna wdzięczność. Pierwszy raz ogarnął rozmiar jej poświęcenia.
Jakaś miłosierna dusza powiadomiła bez wątpienia pana de Rênal o długich godzinach, jakie żona spędza w celi Juliana; po trzech dniach przysłał po nią wóz ze stanowczym rozkazem powrotu.
Ta okrutna rozłąka źle rozpoczęła dzień dla Juliana. Powiadomiono go w parę godzin później, że jakiś klecha-intrygant, który wszelako nie zdołał się wybić wśród jezuitów w Besançon, usadowił się od rana pod bramą więzienia, na ulicy. Padał silny deszcz, człowiek ten chciał odgrywać rolę męczennika. Julian był podrażniony, głupstwo to wzburzyło go mocno.
Rano już odmówił przyjęcia tego księdza, ale klecha wbił sobie w głowę, że wyspowiada Juliana i zdobędzie sobie reputację między damulkami w Besançon za pomocą zwierzeń, które rzekomo wydobędzie ze skazańca.
Oświadczał głośno, że spędzi dzień i noc u bram więzienia.
— Bóg mnie posyła, abym wzruszył serce tego nowego apostaty...