I pospólstwo, zawsze chciwe widowiska, zaczynało się gromadzić.
— Tak, bracia — mówił — spędzę tu dzień, noc i następne dni, i wszystkie noce. Duch święty przemówił do mnie, mam posłannictwo z góry: mnie przeznaczone jest zbawić duszę młodego Sorel. Połączcie się z moją modlitwą, etc.
Julian miał wstręt do skandalu i do wszystkiego, co mogło nań ściągnąć uwagę. Zamierzał uchwycić sposobną chwilę, aby się wynieść ze świata incognito, ale miał nadzieję ujrzeć jeszcze panią de Rênal, którą kochał bez pamięci.
Brama więzienna wychodziła na jedną z uczęszczanych ulic. Myśl o tym zabłoconym klesze powodującym zbiegowisko i skandal dręczyła go. „Do tego bez wątpienia raz po raz powtarza moje nazwisko!” Chwila ta była przykrzejsza niż śmierć...
Wołał parę razy odźwiernego, który był mu oddany i wysyłał go dla sprawdzenia, czy ksiądz stoi jeszcze.
— Proszę pana, klęczy w błocie — powiadał za każdym razem odźwierny — modli się głośno i odmawia litanię za pańską duszę.
„Błazen!” — pomyślał Julian. Równocześnie usłyszał głuche buczenie; to lud odpowiada na inwokacje litanii. Do ostateczności doprowadziło go, iż ujrzał, że sam odźwierny porusza wargami, powtarzając łacińskie słowa.
— Zaczynają gadać — dodał odźwierny — że pan musi mieć bardzo zatwardziałe serce, aby odrzucać duchowną pomoc tego świętego człowieka.
— O moja ojczyzno! Jakaś ty jest barbarzyńska! — wykrzyknął Julian pijany z gniewu. I dalej mówił z sobą głośno, nie troszcząc się o odźwiernego:
— Ten klecha pragnie mieć artykuł w dzienniku i będzie go miał na pewno. A, przeklęta prowincja! W Paryżu nie byłbym narażony na te utrapienia. Tam szarlataneria posunęła się wyżej.