Pani de Rênal dała mu się wygadać; gadał też jak najęty. Pozwoliła mu się wyburzyć.

— Mężu — rzekła wreszcie — mówię jak kobieta obrażona w swoim honorze, to znaczy w tym, co ma najcenniejszego.

Przez cały czas przykrej rozmowy, od której zależała możliwość dalszego życia pod jednym dachem z Julianem, pani de Rênal zachowała niezmąconą zimną krew. Szukała najlepszej drogi do opanowania ślepego gniewu męża. Była obojętna na wszystkie obelgi, nie słyszała ich: myślała o Julianie. „Czy będzie ze mnie zadowolony?”

— Ten chłopak, któregośmy obsypali względami, a nawet podarkami, może być niewinny — rzekła wreszcie — niemniej jednak jest przyczyną pierwszej zniewagi, jaka mnie spotkała. Słuchaj: kiedy przeczytałam ten ohydny papier, postanowiłam sobie, że albo on, albo ja opuścimy ten dom.

— Chcesz wywołać skandal, aby zniesławić mnie i siebie? Dostarczysz żeru plotkarzom w całym Verrières.

— To prawda, zazdroszczą ci rozumu, powodzenia, tak w życiu publicznym jak prywatnym... Dobrze więc! Wpłynę na Juliana, aby cię poprosił o miesiąc urlopu; niech jedzie do tego drwala w górach. Ot, godny przyjaciel parobczaka.

— Ani się waż — rzekł pan de Rênal dość spokojnie. — Pierwsza rzecz, której żądam, to abyś z nim nie mówiła. Uniosłabyś się i poróżniłabyś mnie z nim: wiesz dobrze, jaki ten panicz jest drażliwy.

— Ten chłopak nie ma taktu — odparła pani de Rênal. — Może być uczony, ty się znasz na tym; ale w gruncie, to prosty chłop. Co do mnie, nigdy nie miałam o nim dobrego pojęcia od czasu, jak odrzucił rękę Elizy — prawdziwy los dla takiego chłystka! — i to pod pozorem, że ona czasami po kryjomu odwiedza pana Valenod.

— A! — rzekł pan de Rênal, podnosząc wysoko brwi — Julian ci to mówił?

— Nie, nie wprost... mówił zawsze o swym powołaniu do stanu duchownego; ale wierzaj mi, pierwszym powołaniem tych hołyszów, to mieć pewny chleb. Dawał mi wszelako dość wyraźnie do zrozumienia, że te tajemne wizyty nie są mu obce.