— A ja, ja nie wiedziałem o nich! — wykrzyknął znowu pan de Rênal. — Dzieją się u mnie w domu rzeczy, o których nie wiem... Jak to? Jest coś między Elizą a panem Valenod?
— Ech! To stara historia, mój drogi — rzekła, śmiejąc się, Pani de Rênal. — Może nic tam nie było znów tak złego. To z tych czasów, kiedy twój przyjaciel Valenod nie byłby od tego, aby w Verrières myślano, że między nim a mną istnieje mały stosuneczek... Och, bardzo platoniczny...
— Przychodziło mi to na myśl — wykrzyknął pan de Rênal, uderzając z wściekłością w czoło przy tym nowym odkryciu. — I tyś mi nic nie mówiła?
— Miałamż różnić dwóch przyjaciół dla próżnostki kochanego dyrektora? Czy jest w towarzystwie choć jedna kobieta, do której by nie napisał paru dwornych, nawet czułych liścików?
— Co! Pisał do ciebie?
— On tak wiele pisuje...
— Pokaż mi te listy natychmiast, ja każę!... (Pan de Rênal urósł o sześć stóp).
— Niech Bóg broni — odparła łagodnie, niemal obojętnie — pokażę ci kiedyś, kiedy będziesz spokojniejszy.
— Natychmiast, do kroćset! — wykrzyknął pan de Rênal pijany gniewem, a mimo to dziwnie szczęśliwy.
— Przysięgniesz mi — rzekła pani de Rênal bardzo poważnie — że nigdy się nie poróżnisz z dyrektorem z powodu tych listów?