Francuz jest mniej nieczuły na muzykę niemiecką, z wyjątkiem Mozarta.

To, co Francuzi smakują w Mozarcie, to nie straszliwą nowość melodii, którą Leporello zaprasza posąg komandora na wieczerzę, ale raczej akompaniament. Zresztą wmówiono temu stworzeniu, próżnemu przede wszystkim i ponad wszystko, że ten duet lub tercet jest cudowny.

Kawałek skały bogaty żelazem, spostrzeżony na powierzchni, pozwala wnosić, że kopiąc studnie i głębokie korytarze osiągnie się zadowalającą ilość metalu; a może nie znajdzie się nic.

Taki byłem, co się tyczy muzyki, w 1799. Przypadek sprawił, że starałem się notować dźwięki mojej duszy za pomocą drukowanych stronic. Lenistwo i brak sposobności do nauczenia się fizycznej, głupiej strony muzyki (umieć grać na fortepianie, notować swoje pomysły) wiele przyczyniły się do tego postanowienia, które byłoby zgoła inne, gdybym był znalazł wuja albo kochankę lubiących muzykę. Co się tyczy namiętności, zachowała się całkowicie.

Zrobiłbym dziesięć mil po błocie — rzecz, której nie cierpię najbardziej w świecie — aby być na udanym przedstawieniu Don Juana. Kiedy ktoś wymawia po włosku imię Don Juan, natychmiast budzi się we mnie tkliwe wspomnienie muzyki.

Mam tylko jedną wątpliwość, ale niezbyt zrozumiałą: czy muzyka podoba mi się jako znak, jako wspomnienie szczęśliwej młodości, czy sama przez się?

Jestem za tym ostatnim. Don Juan oczarował mnie, zanim słyszałem Bonoldiego wykrzykującego (w La Scali w Mediolanie) przez swoje okienko:

Falle passar avanti,

Di che ci fanno onor?

Ale to delikatny temat, wrócę do niego, kiedy się zapuszczę w dyskusję o sztuce w czasie mego pobytu w Mediolanie — tak namiętnego i, mogę powiedzieć w sumie, kwiatu mego życia — od 1814 do 1821.