— To wstyd — powtórzyła Elżbietka, pieszcząc ją dla wynagrodzenia tej niesprawiedliwości.
— Czy nie wesoły dzisiaj wieczór? — rzekła Joasia, a Henryś odpowiedział:
— Bardzo wesoły. Póki Kasia była zdrowa, nie miewaliśmy takich rozrywek, nieprawda?
Kasia usłyszała te słowa z przykrym, a zarazem rozkosznym uczuciem i pomyślała: „Zdaje mi się, że mnie dzieci trochę więcej pokochały w ostatnich czasach, ale czemuż nie umiałam być dobra dla nich, gdy mi siły i zdrowie służyły!”.
Skoro wszyscy poszli spać, otworzyła kopertę od kuzynki Heleny, której musiał ktoś donieść o zamierzonej zabawie na Świętego Walentego, bo zamiast listu znalazła Kasia wiersze, kreślone jej wyraźnym, pięknym pismem, i nazajutrz objaśniła Józi, że nie pochodzą od Świętego Walentego, bo zbyt są poważne, ale tak piękne, jakich ten święty nigdy nie napisał. Józia była tego samego zdania.
Oto jakie były te wiersze:
Jak sen minęły dziecinne lata
W pochyłym dworku, gdzie dobra matka
Odgadywała moje życzenia.
Wtedy mi smutek nie chmurzył czoła,