Jeszcze się dziwniej było, gdy minął drugi i trzeci dzień, i kolejne, a ciotka Iza nie przychodziła. Dobre rzeczy zyskują na wartości, gdy ustają, a Kasia po raz pierwszy zaczęła rozumieć, jak bardzo nauczyła się polegać na ciotce Izie, dlatego też strasznie tęskniła.

— Kiedyż ciotka Iza wyzdrowieje? — zapytywała ojca. — Tak mi jej brak.

— Wszystkim nam jej brak — odrzekł doktor Carr z niepokojem i pomieszaniem na twarzy.

— Czy bardzo jest chora? — spytała Kasia, bo uderzył ją smutek na twarzy ojca.

— Tak mi się zdaje — odparł — i zatrudnię pielęgniarkę, żeby się nią opiekowała.

Okazało się, że ciotka Iza ma tyfus70. Doktorzy powiedzieli, że w domu powinno być cicho, odesłano więc Joasię, Henrysia i Filipka do pani Hall; Elżbietka i Józia miały się także tam przenieść, ale tak usilnie prosiły, tak obiecywały sprawować się dobrze, iż wreszcie ojciec pozwolił im pozostać. Drogie te istotki chodziły po domu na palcach, cicho jak myszki, szepcząc między sobą i pielęgnując Kasię, która czułaby się dosyć osamotniona, gdyby nie one, bo wszyscy byli zajęci ciotką Izą.

Był to czas pomieszania i smutku. Dziewczęta niewiele wiedziały o chorobie, ale posępna twarz ojca, cisza panująca w domu, gnębiły je, a przy tym bardzo tęskniły do dzieci.

— Ach, Boże! — wzdychała Elżbietka. — Jakże bym chciała, żeby ciotka Iza szybko wróciła do zdrowia!

— Będziemy dla niej bardzo dobre, jak wyzdrowieje, nieprawdaż? — rzekła Józia. — Już nigdy nie wstawię zabrudzonych bucików w pudło od kapeluszy, bo nie lubi tego, i co wieczór będę chowała wszystkie nasze zabawki.

— Ja także, jak tylko wyzdrowieje — dodała Elżbietka.