Ale nazajutrz, gdy przypadkiem Józia była w pokoju, usłyszała nagły okrzyk i obróciwszy się, ujrzała Kasię stojącą na nogach.

— Papo, papo! — wołała Józia, biegnąc ze schodów. — Henrysiu, Joasiu, Elżbietko, chodźcie zobaczyć!

Ojca nie było w domu, ale dzieci zgromadziły się tłumnie. Tym razem Kasia powtórzyła próbę z łatwością. Zdawało się, że jej wola była w uśpieniu, ale rozbudziła się, a członki poczuwszy to, stały się jej posłuszne.

Gdy ojciec wrócił, nie mniej był wzruszony od dzieci. Chodził ciągle wokół fotela, wypytywał Kasię, kazał jej to wstać, to usiąść.

— Czy ja naprawdę będę zdrowa? — zapytała cichym szeptem.

— Tak mi się zdaje, moja kochana — odparł doktor Carr, potem porwał Filipka i podrzucił go w górę. Dzieci pierwszy raz widziały, że papa zachowuje się jak mały chłopiec. Wkrótce jednak, widząc, że Kasia ma rozpaloną twarz i zgorączkowane oczy, wyciszył się, odprawił dzieci i usiadł, żeby ją uspokoić łagodnymi słowami.

— Sądzę, że to przyjdzie, moja droga, ale upłynie jeszcze dosyć czasu i będziesz musiała mieć wiele cierpliwości. Skoro się okazałaś tak dobrym dzieckiem przez te wszystkie lata, jestem pewien, że nie upadniesz i teraz. Pamiętaj, że lada nierozwaga cofnie cię znowu. Musisz poprzestać na stopniowym polepszaniu zdrowia. Nie ma drogi na skróty w powrocie do chodzenia, również jak do nauki, każde dziecko samo ją wynajduje.

— Ach, papo! — rzekła Kasia. — Czekałabym i rok, byleby wyzdrowieć w końcu.

Jakże była szczęśliwa tej nocy! Zbyt szczęśliwa, żeby spać. Ojciec zauważył rano czerwone obwódki wokół oczu i potrząsając głową, rzekł:

Musisz być ostrożna, bo inaczej znów się położysz, gorączka cofnęłaby cię na długie lata!