— Ja tak samo sądzę — rzekła Józia — prócz tego chciałabym uporządkować i upiększyć dom, zanim go zobaczy bystre oko pani gospodyni. Ach, powiem ci coś! Jaka śliczna myśl przyszła mi do głowy! Oznaczysz dzień, a my czekać cię będziemy i urządzi się uroczystość. Cóż to za miła będzie chwila!... A kiedy nastąpi, papo?
— Za dziesięć dni będzie mogła zejść bezpiecznie.
— Za dziesięć dni! To wypadnie siódmego września, prawda? — rzekła Kasia i dodała ciszej: — Jeżeli można, wolałabym zejść pierwszy raz ósmego, bo to był dzień urodzin mamy.
Narada stanęła więc na tym, a Józia wołała radośnie, skacząc i klaszcząc w ręce:
— Jeszcze nigdy w życiu nie obiło się o moje uszy nic tak miłego! Kiedy przyjdziesz na dół, papo? Strasznie potrzebuję rozmówić się z tobą.
— Zaraz pójdę, bo inaczej oberwiesz mi poły79 od surduta — odparł ze śmiechem i zeszli oboje, a Kasia wyglądała przez okno w błogim usposobieniu.
„Ach! — myślała sobie. — Czy to być może? Czy zostanę wzięta do wyższej klasy, jak było w hymnie kuzynki Heleny, i czy na zawsze pożegnam cierpienie? Ale cierpienie wiąże się ściśle z miłością — teraz to widzę. Jak dobry był mój drogi nauczyciel!”
Józia zdawała się bardzo zajęta do końca tygodnia. Tłumaczyła się wprawdzie „myciem okien”, ale to nie wyjaśniało jej ciągłego znikania i tajemniczego ożywienia twarzy. Przy tym dochodziło z dołu jakieś stukanie młotem i tarcie drzewa. Dzieciom widocznie zaleciła, żeby czegoś nie mówiły, bo Filipek odezwał się parę razy: „ach, Kasiu!”. A potem umilkł, mówiąc żywo: „O mało się nie zapomniałem!”. Kasia była coraz ciekawsza, ale wiedząc, że owa tajemnica sprawi nie tylko jej przyjemność, postanowiła nie psuć niespodzianki wypytywaniem.
Nareszcie nastąpił wieczór poprzedzający ten uroczysty dzień.
Gdy Józia weszła do pokoju na chwilkę przed herbatą, Kasia rzekła: