— Ach papo! — wykrzyknęła Kasia i uściskała go, zsuwając się z kolan. — Rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. Kto by pomyślał, że zupełna drobnostka jak nieprzyszycie wstążki spowoduje takie skutki? Ale zdaje mi się, że się już nie narażę na podobne przykrości, bo zawsze będę pamiętać, że gdy:

Przepadł gwóźdź — przepadła i podkowa.

Rozdział czwarty. Kukuryku

Przykro mi wyznać, że moja biedna, nierozważna Kasia zapomniała i naraziła się na nowe przykrości, nie dalej jak w następny poniedziałek.

Poniedziałki bywały zwykle burzliwe w domu pana Carr: przypadało wtedy pranie, ciotce Izie trudniej było dogodzić, a służące były opryskliwsze w porównaniu do zwyczajnych dni. Sądzę, że po części było to winą dzieci, które — po spokojnie spędzonej niedzieli — stawały się szczególnie ruchliwe, hałaśliwe i skłonne do płatania złośliwych figlów.

Dla Józi i Elżbietki niedziela zaczynała się niejako w sobotę wieczór, gdy się kładły spać, a zmoczone włoski miały pozakręcane w papiloty, żeby nazajutrz zwijały się w loki. Elżbietce kręciły się naturalnie, więc ciotka Iza nie widziała potrzeby zwijania ich mocno, ale grube, twarde włosy Józi potrzebowały być mocno ściśnięte, żeby się choć trochę zwijały, dla niej więc wieczór sobotni był umartwieniem. Leżąc w łóżku, rzucała się, kręciła, próbowała kłaść głowę w tę i w ową stronę, ale w jaki bądź sposób ułożyła się, twarde papiloty i szpilki dręczyły ją i zadawały ból. Gdy usnęła nareszcie, miała twarzyczkę spuszczoną, nosek schowany w poduszkę, z czym było jej niewygodnie i dlatego źle spała. Z powodu tych cierpień Józi wywoływanych papilotami wszystkie historie układane dla młodszych dzieci tak się zaczynały: „Włosy pięknej księżniczki były twarde, ale nigdy, nigdy nie zawijano ich w papiloty!”.

Niedziela zawsze się zaczynała od czytania którejś z opowieści biblijnych, po czym podawano na śniadanie pieczony groch, które to dwie rzeczy mieszały się razem w główce Henrysia. Następnie dzieci przygotowywały się do lekcji w szkole niedzielnej25, a gdy to ukończyły, zajeżdżała duża kariolka26 i udawano się do kościoła oddalonego o milę drogi. Był to wielki, staroświecki budynek z galeriami, krużgankami i z długimi ławkami o wysokich czerwonych siedzeniach. Chór znajdował się w samym końcu za krótką zieloną firanką. Gdy się zaczynało kazanie, odsłaniały ją dzieci, żeby pokazać, że są gotowe do słuchania, potem spuszczały ją znowu. Kasia zgadywała, że tam za tą zieloną firanką musi toczyć się jakaś zabawa, że muszą zajadać kandyzowane skórki pomarańczowe albo czytać książki szkoły niedzielnej — i często żal jej było, że nie siedzi z nimi.

Ławka pana Carr była tak wysoka, że oprócz Kasi żadne z dzieci nie dotykało podłogi nawet końcem palców. Gdy im zdrętwiały od tego nóżki i dokuczyło przykre kłucie, wsuwały się całe na ławkę. Siedząc w ukryciu, musiały przecież szeptać między sobą. Ciotka Iza martwiła się, potrząsała głową, ale to niewiele pomagało, zwłaszcza gdy Filipek i Henryś spali, oparłszy główki na jej kolanach, i musiała ich podtrzymywać rękami, żeby się nie zsunęli z ławki. Gdy poczciwy staruszek doktor Stone mówił: „Na koniec bracia moi...”, zaczynała ich budzić. Było to nieraz ciężkie zadanie, ale wykonywała je z powodzeniem, tak że podczas ostatniego hymnu obaj już stali w ławce zupełnie obudzeni i żwawi, i brali książkę z hymnami, udając, że śpiewają wraz z innymi.

Po kościele następowała niedzielna szkoła, którą dzieci bardzo lubiły, potem szły do domu na obiad, składający się co niedzielę z zimnego peklowanego mięsa, pieczonych kartofli i budyniu ryżowego. Po południu szły do kościoła tylko wtedy, gdy miały ochotę, w przeciwnym razie zagarniała je Kasia, żeby odczytać głośno „Niedzielnego Gościa” — religijną gazetę przez nią prowadzoną. W części była ona pisana, w części drukowana na wielkim arkuszu zdobionym u góry ołówkiem, w środku znajdował się napis: „Niedzielny Gość”. Czytanie zaczynało się od nudnej rozprawy, zwanej przez osoby dorosłe „Słowem od redakcji”27, a traktującej „o posłuszeństwie”, „o grzeczności” lub „o punktualności”. Dzieci zawsze się niecierpliwiły, słuchając tego, w części — jak sądzę — z tego powodu, że Kasia przedstawiała jako coś łatwego te cnoty, które jej samej trudno było wprowadzać w czyn. Potem szły anegdoty o psach, słoniach, wężach, brane z historii naturalnej i niezbyt zajmujące, gdyż słuchacze już je znali na pamięć. Następnie jeszcze było parę hymnów albo oryginalny wiersz, a na końcu rozdział O Maryni i jej siostrach. Straszna to była historia, w której Kasia umieszczała tyle morałów i robiła tak osobiste przycinki do swego otoczenia, że trudno było to znieść. Pewnego razu wywołało to nawet bunt w dziecinnym pokoju. Trzeba wam wiedzieć, że kilka tygodni przedtem Kasia, zbyt leniwa, by przygotować nowego „Niedzielnego Gościa”, zmusiła dzieci, by siedząc rzędem, słuchały dawnych numerów od samego początku. Marynia przedstawiała się znacznie gorzej przy odczytywaniu tak wielkich fragmentów, a Józia i Elżbietka, zastanowiwszy się pierwszy raz nad całością, nie chciały więcej słuchać. Skorzystały więc z pierwszej sposobności i całą historię rzuciły w ogień, patrząc, jak się pali, z zabawnym przestrachem, lecz i z rozkoszą. Nie śmiały przyznać się do tego uczynku, ale trudno go było ukryć, gdy Kasia biegała, szukając straconego skarbu, podejrzewała je i złościła się.

Niedzielne wieczory schodziły zwykle na deklamowaniu hymnów przy ojcu i ciotce Izie. To sprawiało dzieciom wielką przyjemność, bo na każde z nich przychodziła kolej, a zupełna wrzawa powstawała, gdyż każde chciało sobie zarezerwować ulubiony hymn. W ogóle niedziela była przyjemnym i wesołym dniem i taka też się wydawała dzieciom, ale z tego powodu, że ją spędzały spokojniej od innych dni, zazwyczaj poniedziałek był pełen życia i figlów. Co chwilę gotowe były wybuchnąć jak butelka szampana, gdy się ją odkorkuje.