Ów poniedziałek, o którym mówimy, był dżdżysty28, nie mogły więc wyjść na powietrze, co było zwykłym ratunkiem dla podnieconych główek. Młodsze dzieci, zamknięte całe popołudnie w dziecinnym pokoju, nieznośnie hałasowały. Filipek nie był do końca zdrowy i brał lekarstwo — ulubione przez ciotkę Izę, która zawsze miała je pod ręką. Butelka ta była duża i czarna, z papierową receptą wokół szyjki, dzieci drżały na jej widok.

Gdy Filipek przestał jęczeć i krzyczeć, rozpoczęła się na nowo zabawa. Ma się rozumieć, że lalki także zachorowały, nie wyłączając żółtego krzesełka Joasi, które ona za lalkę uważała i któremu dała imię Karolek. Zawiązywała mu stary fartuszek na grzbiecie i brała zwykle z sobą do łóżka — nie w środek, bo przeszkadzałby, ale bliziutko siebie. Oznajmiła, że Karolek jest bardzo chory i musi wziąć takie same lekarstwo jak Filipek.

— Daj mu trochę wody — doradził Henryś.

— Nie — odparła stanowczo Joasia — to musi być coś czarnego i z flaszki, bo inaczej nie pomoże.

Pomyślawszy chwilę, przeszła przez korytarz do pokoju ciotki Izy. Nie było tam nikogo, ale Joasia wiedziała, gdzie znaleźć lekarstwo. Wysunęła trochę szufladę, wspięła się i wydobyła je. Dzieci były uradowane, gdy powróciła z flaszeczką w jednej ręce, a z korkiem w drugiej, i zaczęła nalewać porządną dozę na siedzenie krzesełka, które nazywała jego łonem. — No, no, mój biedny chłopcze — rzekła, głaszcząc po ramieniu, to jest po poręczy — przełknij, to ci pomoże.

Właśnie w tej chwili weszła ciotka Iza i z wielkim zdumieniem zobaczyła, że coś czarnego i lepkiego spływa na dywan. Było to lekarstwo, którego Karolek nie chciał połknąć.

— Co to jest? — zapytała ostro.

— Moje bobo jest słabe — wyjąkała Joasia, ukrywając nieszczęsną flaszeczkę.

Ciotka Iza uderzyła ją po głowie naparstkiem, mówiąc, że jest niegrzecznym dzieckiem, skutkiem czego Joasia rozpłakała się i rozdąsała. Ciotka Iza wytarła plamy, odebrała lekarstwo i — wynosząc je do swego pokoju — rzekła:

— Nigdy nie widziałam nic podobnego! Ale w poniedziałki zawsze tak bywa.