— Pójdę powiedzieć ciotce Izie, że was nie kocham — oznajmił Henryś, wsadzając już nogę w dziurę w podłodze.
— Nie pójdziesz — rzekła Kasia, chwytając go za rękę — zostaniesz, bo zaraz rozpocznie się uczta. Filipku, przestań płakać. Joasiu, nie bądź gąską, tylko podaj ciasteczka!
Słowo „uczta” zrobiło wrażenie na umysłach biesiadników. Filipek rozweselił się zaraz, a Henryś przestał się zbierać do wyjścia. Uroczyście postawiono w środku czarną butelkę, a uśmiechnięta już Joasia podała ciasteczka z ząbkowanymi brzeżkami i z kminkiem w środku. Każde dziecko dostało dwie sztuki tych smacznych ciasteczek. Gdy ostatnie zostało zjedzone, Kasia włożyła rękę do kieszeni i wśród głośnych oklasków wyjęła, jako dodatek wieńczący ucztę, siedem długich, ciemnych lasek cynamonu.
— Czy to nie doskonały pomysł? Kucharka była dziś w bardzo dobrym humorze i pozwoliła mi sięgnąć samej do pudła, więc wybrałam najdłuższe laski, jakie tylko były. Cesiu, napij się pierwsza z butelki, bo ty jesteś gościnią.
Okazało się, że tą „doskonałą” rzeczą był ocet rozrobiony wodą. Chociaż się nagrzał, smakował im bardzo, dlatego że pili prosto z butelki i w spichrzu. Zresztą nie nazywali tego napoju octem, ma się rozumieć, że nie! Każde nadało swojej porcji inną nazwę, jak gdyby ta butelka, jak u Signora Blitza, mieściła w sobie dwanaście rzeczy naraz. Józia nazwała napój ten malinowym sokiem, Henryś imbirowym syropem, a romantyczna Cesia miodem — tłumacząc, że o ile jej się zdaje, jest to rzecz bardzo dobra, zrobiona z wosku pszczelego. Gdy ostatnia kropla została wypita i ostatni kawałek cynamonu schrupany, biesiadnicy znowu wrócili do porządku, aby wysłuchać deklamacji Filipka, zawierającej się w tym jednym wierszu:
Maleńkie kropelki wody.
Zajmujący ten poemat powtarzał co niedzielę, o ile mogli zapamiętać. Potem Kasia oznajmiła, że już koniec literackiej części uczty i że się będą bawić w jazdę dyliżansami44. Chociaż z powodu ciasnoty nieraz uderzyli się o dach, tak im było wesoło, że na odgłos dzwonka wzywającego na herbatę, wszyscy wykrzyknęli „Ach Boże!” z największym żalem. Przypuszczam, że ciasteczka i ocet odebrały im apetyt, bo wcale nie byli głodni, a Henryś bardzo zadziwił ciotkę Izę, gdy spoglądając z niesmakiem na stół, rzekł: „Fe, tylko placek ze śliwkami, ciastka parzone i korzenne biszkopty! Nie chcę wcale kolacji”.
— Co temu dziecku? Musi być chore — rzekł pan Carr, ale Kasia mu objaśniła:
— O nie papo! Tylko wyprawiliśmy ucztę w spichrzu.
— Czy dobrze się bawiliście? — spytał ojciec. Ciotka Iza mruknęła coś niechętnie, ale dzieci wszystkie razem odpowiedziały: