Ciotka Iza, poruszona zasmuconą miną Kasi, odrzekła:
— Jeżeli już ją zaprosiłaś, to naturalnie nie mogę odmówić, ale pamiętaj, Kasiu, żeby się to więcej nie zdarzyło. Nie chcę, żebyś zapraszała dziewczęta, a potem dopiero pytała mnie o pozwolenie. Ojciec wcale nie będzie zadowolony, bo uważa bardzo na to, z kim się zaprzyjaźniasz. Przypomnij sobie, jak się skończyło z panią Spenser.
Biedna Kasia! Zawsze wplątywała się w jakieś kłopoty przez swą skłonność do gwałtownego zakochiwania się w nowych osobach. Odkąd zaczęła chodzić i mówić, „serdeczne przyjaciółki Kasi” były przedmiotem żartów całego domu.
Ojciec zaczął utrzymywać spis tychże, ale ich liczba tak wzrastała, że zrozpaczony odstąpił od tego zamiaru. Pierwszą na liście była mała Irlandka Marynia O’Riley — mieszkała przy ulicy, którą Kasia chodziła do szkoły. Nie był to zakład pani Knight, tylko szkoła podstawowa, do której obecnie uczęszczali Henryś i Joasia. Marynia zwykle robiła babki z piasku przed domem matki, a pięcioletnia wówczas Kasia zatrzymywała się często, żeby jej pomagać. To wspólne wyrabianie pieczywa tak je zbliżyło z sobą, że Kasia postanowiła przyjąć to dziecko za swoje, porwać je i ukryć w bezpiecznym i tajnym kącie.
Zwierzyła się Józi z tym zamysłem, ale nikomu poza nią. Obie, uszczęśliwione rozkoszną tajemnicą, zaczęły codziennie wieczorem po kolacji odkładać kawałki chleba i ciastek. Powoli zebrał się wielki stos czerstwych skórek i innych przysmaków, które zanosiły na poddasze. Schowały także jabłka podarowane im przed dwoma tygodniami, a z watowanych piernatów45 i poduszek wziętych z domku lalek usłały łóżko w dużym, pustym pudle. Gdy wszystko było gotowe, Kasia opowiedziała swój plan ukochanej Maryni i z łatwością namówiła ją, żeby uciekła do nowego mieszkania.
— Nie powiemy papie ani mamie, dopóki nie wyrośnie duża — powiedziała Kasia do Józi — wówczas sprowadzimy ją na dół i jakież będzie ich zadziwienie! Nie nazywaj jej już Marynią, bo to nieładnie, tylko Suskhanną, Suskhanną Carr! Pamiętaj Maryniu, żebyś nie odpowiadała, jak zawołam: „Maryniu”, tylko jak powiem: „Suskhanno!”.
— Dobrze — odparła bardzo pokornie Marynia.
Przez cały dzień wszystko szło cudownie. Suskhanna mieszkała w drewnianym pudle, zjadła wszystkie jabłka oraz świeższe skórki od chleba i była szczęśliwa. Obie dziewczynki wykradały się kolejno, żeby zabawiać „bobo” — tak ją bowiem nazywały, chociaż była większa od Józi. Ale gdy wieczór nadszedł i niańka, porwawszy Kasię i Józię, zaniosła je do łóżeczek, pannie O’Riley poddasze zaczęło się wydawać straszne. Wychyliwszy się z pudła, mogła widzieć stojące po kątach czarne przedmioty, których, jak jej się zdawało, nie widziała w dzień. Były to rzeczywiście skrzynie, miotły, szkandele46 do wygrzewania pościeli, ale w ciemności przedstawiały się zupełnie inaczej, takie były wielkie i straszne! Biedna Marynia znosiła to, dokąd mogła, ale nareszcie, gdy coś zaczęło skrobać po ścianie blisko niej, straciła całkiem odwagę i krzyknęła pełnym głosem.
— Co to jest? — odezwał się pan Carr, który wracając właśnie do domu, szedł po schodach.
— Zdawałoby się, że ten głos wychodzi z facjatki — rzekła pani Carr, działo się to bowiem przed jej śmiercią — chyba któreś z dzieci przez sen wyszło z łóżka i zakradło się na górę.