Nie, Kasia i Józia były bezpieczne w dziecinnym pokoju, pan Carr wziął zatem świecę i czym prędzej poszedł na facjatkę, skąd dochodziły coraz straszniejsze jęki. Gdy stanął na górze, krzyki ustały. Zajrzał, ale nie było nic widać, wreszcie maleńka główka ukazała się nad brzegiem dużego drewnianego pudła i płaczliwy głosik wyjąkał:
— Ach panno Kasiu, doprawdy ja tu nie mogę zostać dłużej! Tu są szczury!
— Któż ty jesteś, u Boga? — zapytał zdumiony doktor.
— Bobo panny Kasi i panny Józi, ale już nie chcę być dłużej bobem. Chcę pójść do domu i zobaczyć mamę — i znowu biedne dziecko zapłakało.
Pewnie nigdy w życiu doktor Carr nie uśmiał się tak serdecznie, jak kiedy doszedł całej historii i odkrył, że Kasia z Józią „zaadoptowały” dziecko. Ale okazał się bardzo dobry dla biednej Suskhanny i zaniósł ją na rękach do dziecinnego pokoju. Leżąc w łóżeczku obok dzieci, szybko zapomniała o swym strapieniu i usnęła.
Małe siostrzyczki były bardzo zadziwione, gdy obudziwszy się nazajutrz rano, spostrzegły swoje bobo śpiące obok nich. Ale radość wkrótce ustąpiła łzom, po śniadaniu bowiem doktor Carr odniósł Marynię do matki, która bardzo się przestraszyła jej zniknięciem i zapowiedział dzieciom, że muszą się wyrzec swych planów związanych z poddaszem. Wielki żal panował w dziecinnym pokoju. Dopiero gdy pozwolono Maryni, aby przychodziła bawić się z nimi, powoli zapomniały o zmartwieniu, a w kilka miesięcy później państwo O’Riley wyjechali z Burnet i taki był koniec pierwszej przyjaźni Kasi.
Druga była jeszcze zabawniejsza. Jakaś dziwaczna, stara, ponura kobieta mieszkała samotnie w domku niedaleko szkoły. Miała bardzo zły charakter i sąsiedzi opowiadali straszne rzeczy o niej — tak, że dzieci, bojąc się przechodzić koło jej siedziby, miały zwyczaj zawracać, nie dochodząc tam, i przebiegać na drugą stronę ulicy. Tak regularnie to czyniły, że wydeptały ścieżkę w trawie, ale Kasia, nie wiadomo dlaczego, miała pociąg do tego domku. Lubiła tam zaglądać przez drzwi, zawsze jednak będąc gotowa do ucieczki, w razie gdyby baba przyskoczyła z miotłą.
Pewnego dnia uprosiła dużą główkę kapusty u Aleksandra i rzuciła ją pod drzwi. Starej podobało się to widocznie i odtąd Kasia zawsze się zatrzymywała na gawędę, przechodząc tamtędy. Siadała nawet potem na progu, żeby się przyglądać starej przy robocie. Była to niebezpieczna przyjemność: coś podobnego, jak gdyby ktoś siedział u wejścia lwiej klatki, z tą niepewnością, czy jego majestat lada chwila nie zechce skoczyć, żeby go pożreć.
Następnie upodobała sobie Kasia dwie siostry, córki pewnego jubilera, Niemca. Były już dorosłe i zawsze jednakowo ubrane, tak że mało kto mógł je rozróżnić. Mówiły bardzo mało po angielsku, a ponieważ Kasia nie umiała ani słowa po niemiecku, znajomość ta ograniczała się do uśmiechów i bukiecików, które Kasia zrywała i podawała im, gdy przechodziły koło bramy. Była zbyt nieśmiała, żeby zrobić coś więcej niż podać kwiatki i uciec, ale to widocznie sprawiało przyjemność bliźniaczkom, gdyż pewnego dnia Józia, wyglądając oknem, zobaczyła, że otwierają furtkę, przyczepiają coś do krzaka i odchodzą szybko. Ma się rozumieć, że zaraz przywołała Kasię i pobiegły zobaczyć, co zawiera paczka. Był to kapelusik dla lalki — śliczny, niebieski, jedwabny kapelusik, przybrany sztucznymi kwiatami. Przypięta była do niego karteczka, skreślona w obcym języku:
„Dla milutkiej dziewczynki, która jest tak uprzejma, że nam daje kwiaty”.