Można sobie wyobrazić, czy Kasia i Józia były zadowolone.

Kasia kończyła wówczas szósty rok życia — ile zawarła przyjaźni od owej epoki, tego nie zdołałabym wam powiedzieć: to z węglarzem, to z kapitanem statku parowego, to z kucharką pani Sawyer, miłą staruszką, która ją uczyła gotować, robić ciastka śmietankowe i biszkopty, to z kapeluszniczką ładną i zręczną, którą Kasia uporczywie nazywała „kuzynką Estellą” ku wielkiemu oburzeniu ciotki Izy, to ze złodziejem zamkniętym w miejskim więzieniu, pod którego oknem zwykła stawać, mówiąc litościwie: „Tak mi cię żal, biedny człowieku” albo „Czy zostawiłeś tu taką dziewczynkę jak ja?”. Złodziej miał kawałek sznurka i spuszczał go oknem, a Kasia przywiązywała pączki róż i wiśnie, które podnosił w górę. Znajomość owa była tak zajmująca, że Kasia poczuła się okropnie, gdy poprowadzono tego człowieka do rządowego więzienia. Potem nastąpiła krótka chwila dla Kornelii Perham, miłej i dobrej dziewczyny, której ojciec handlował owocami. Mam obawę, że upodobanie Kasi do śliwek i białych winogron grało istotną rolę w tej przyjaźni. Była to wyborna rozrywka pójść z Kornelią do dużego sklepu jej ojca, gdzie otwierano dla ich przyjemności całe pudła rodzynek i skrzynie z figami i pozwalano podnosić się w górę na windzie, ile tylko chciały. Ale ze wszystkich dziwacznych znajomości Kasi najdziwaczniejsza była z panią Spenser, którą wspomniała ciotka Iza.

Pani Spenser była tajemniczą osobą, której nigdy nikt nie widział. Jej mąż, człowiek przystojny, ale o niemiłym usposobieniu, przybył z nieznanych stron i wynajął mały domek w Burnet. Wydawało się, że nie miał żadnego szczególnego zajęcia, a bardzo często wyjeżdżał z domu. O żonie mówiono, że jest chora i — wspominając o nim — potrząsano głowami z podziwiem, jak biedaczka może radzić sobie sama jedna, kiedy męża nie ma w domu.

Ma się rozumieć, że Kasia była za młoda, żeby pojmować te szepty i przyczynę złego zdania ludzi o panu Spenser. Romansowa historia o zamkniętych drzwiach i o tej pani, której nikt nie widywał, zajmowała ją bardzo. Zwykle zatrzymywała się pod oknami, zaglądając ciekawie, aż nareszcie powiedziała sobie, że musi się czegoś dowiedzieć. Pewnego dnia, wziąwszy z sobą trochę kwiatów i ulubioną lalkę Wiktosię, poszła śmiało na podwórze państwa Spenser.

Zapukała do frontowych drzwi, ale się nikt nie odezwał, zapukała drugi raz, znowu daremnie. Spróbowała otworzyć drzwi, zamknięte były na klucz, wziąwszy więc Wiktosię w rękę, posunęła się dalej. Przechodząc koło bocznych drzwi, spostrzegła, że są uchylone. Zapukała po raz trzeci, a ponieważ nikt się nie ukazał, weszła sama i, przebywszy małą sionkę47, zaczęła pukać do wszystkich wewnętrznych drzwi.

Cały dom zdawał się wyludniony. Kasia zajrzała najpierw do kuchni — pusta była i opuszczona, różne naczynia stały wokół, a na kominie nie było ognia. Dalej, w bawialnym pokoju buty pana Spensera leżały na podłodze, brudne szklanki stały na stole, a talerz z kośćmi od jakiegoś mięsa — na kominku. Na wszystkim leżała gruba warstwa kurzu i cały dom tak wyglądał, jak gdyby nie był zamieszkany co najmniej od roku.

Próbowała otworzyć kilka innych drzwi, ale wszystkie były zamknięte na klucz. Poszła więc na górę i stanęła na ostatnim schodku, ściskając mocno kwiaty, trochę niepewna co dalej robić — wtem słaby głos odezwał się z sypialnego pokoju.

— Kto tam?

Była to pani Spenser — leżała na łóżku tak bardzo pomiętym i poprzewracanym, jak gdyby nie było posłane z rana. W pokoju panował taki sam nieład i nieporządek jak w całym domu. Koszula i czepek na niej wcale nie były czyste, ale twarz miała miłą i piękne, kręcące się włosy, które spadały na poduszkę. Widocznie była bardzo chora i Kasi tak się jej żal zrobiło, jak jeszcze nikogo na świecie.

— Kto ty jesteś, dziecko? — zapytała.