— Powiedziała, że to będzie... — ale tu odezwało się w Kasi sumienie i zamiast dokończyć frazesu bąkała coś — Hm, hm, hm... Więc przyjdziesz do mnie, prawda, kochanie? Tak się na to cieszę!
— Ja także — powiedziała Imogena, teatralnie przewracając oczy.
Odtąd dzieci już o niczym innym nie mówiły, tylko o spodziewanych odwiedzinach Imogeny. W niedzielę rano przed śniadaniem Kasia z Józią zajęły się zbudowaniem pod drzewami pięknej altany ze szparagowych gałęzi i zaniosły tam wszystkie zabawki. Kucharka upiekła im cynamonowe ciastka, kotek miał różową wstążeczkę na szyi, a lalki — nie wyłączając „Karolka” — poubierane były w najładniejsze sukienki.
Około w pół do dziesiątej przyszła Imogena. Miała jasnobłękitną bareżową50 suknię z wyciętym stanikiem i krótkimi rękawami, sznur korali we włosach, białe atłasowe trzewiki i żółte rękawiczki. Rękawiczki i trzewiki były całkiem brudne, a bareż51 stary i poplamiony, ale ogólne wrażenie było tak uderzające, że domowe dzieci, poubierane do zabawy w perkalowe52 sukienki i białe fartuszki, były olśnione ukazaniem się gościni.
— Imogeno, wyglądasz zupełnie jak panna z powieści — rzekła naiwnie Kasia.
Imogena skłoniła główkę i jeszcze bardziej zaszeleściła spódnicami.
Wraz z tym pięknym strojem przybrała pozę odmienną od codziennej. Wiadomo wam, że niektóre osoby tak robią, idąc w odwiedziny. Można by prawie sądzić, że to inna Imogena, którą wyjmują z pudełka tylko w niedzielę i święta uroczyste. Kręciła się, chichotała, szeptała, przeglądała się w zwierciadle i grała rolę dorosłej osoby i wielkiej damy. Gdy ciotka Iza przemówiła do niej, tak była zmieszana i nieswobodna, że się Józia o mało nie roześmiała. Nawet Kasia, która w ukochanych osobach nie dostrzegała nic złego, czym prędzej pociągnęła ją do dziecinnego pokoju.
— Chodź do altany — rzekła, obejmując ręką błękitny staniczek.
— Do altany! — wykrzyknęła Imogena. — Jak to będzie miło!
Ale gdy doszły do szparagowych gałęzi, jej twarz sposępniała: