— Ależ tu nie ma ani dachu, ani wieżyczki, ani fontanny! — rzekła.

— Ma się rozumieć, bo ją same robiłyśmy! — odezwała się Kasia, robiąc wielkie oczy.

— Tak! — powiedziała Imogena z widocznym zawodem. Kasia i Józia zasmuciły się i widząc, że się gościowi nie podoba altana, starały się obmyślić coś innego.

Idąc przez podwórze, Imogena stawiała ostrożne kroki w swych białych atłasowych trzewikach, a zobaczywszy słup z powbijanymi kołkami, wykrzyknęła:

— O, nie idźmy tam, moje drogie, nie idźmy! Nie, nie!

— Spróbuj, to takie łatwe! — namawiała Kasia, wspinając się ze dwanaście razy, żeby pokazać, że w tym nie ma nic trudnego.

Ale Imogena nie dała się przekonać.

— Nie proście mnie! — rzekła z przesadą. — Moje nerwy nie zniosłyby nic podobnego! Zresztą mój strój!

— Czemu się tak ubrałaś? — powiedział Filipek, który był prostoduszny i lubił zadawać pytania. Joasia zaś szepnęła do Henrysia: „To strasznie głupia dziewczyna, niech sobie idzie, gdzie chce, a my się bawmy osobno”.

Jedno po drugim wymknęły się wszystkie dzieci, zostawiając Kasi i Józi zabawianie gościni. Próbowały one rozerwać ją lalkami, ale nie miała na to ochoty, chciały usiąść w cieniu i deklamować wiersze, w ten sposób, aby się każdy zaczynał od litery kończącej wiersz poprzedni — ta gra była bowiem ich ulubioną, ale powiedziała, że chociaż wielbi poezję, nie potrafi jej utrzymywać w pamięci. Skończyło się więc na tym, że poszły do sadu, gdzie zjadła dużo śliwek, wczesnych jabłek i zdawała się prawdziwie zadowolona. Gdy już nie mogła jeść więcej, opanowały ją straszne nudy, nareszcie Imogena rzekła: