— Czy nie przesiadujecie nigdy w salonie?

— W czym? — zapytała Józia.

— W salonie — powtórzyła Imogena.

— Ona chce zapewne powiedzieć w bawialnym pokoju! — wykrzyknęła Kasia. — Nie, nigdy, chyba że ciotka Iza ma gości na herbacie. Tam jest ciemno i sztywno, zresztą daleko przyjemniej jest bawić się na dworze. Czy sądzisz inaczej?

— Jak czasem — odrzekła Imogena dwuznacznie — ale zdaje mi się, że byłoby dobrze posiedzieć tam chwilkę, bo mnie strasznie boli głowa od tego nieznośnego słońca.

Kasia łamała sobie głowę, jak postąpić, gdyż prawie nigdy nie wchodziły do bawialnego pokoju, który ciotka Iza szanowała jak świętość. Wszystkie krzesła były tam w pokrowcach, żeby się nie zakurzyły, a rolety zawsze trzymano spuszczone, chroniąc pokój od moli. Co za myśl, żeby dzieci siadały tam w zakurzonych bucikach! Z drugiej strony przez wrodzoną grzeczność przykro było Kasi nie ulec życzeniu gościni, prócz tego bała się, żeby Imogena nie opowiadała, że Katarzynie Carr nie wolno siadać w najpiękniejszym pokoju, nawet gdy ma gości! Z bijącym sercem wskazała drogę do bawialni, nie śmiała podnieść rolet, więc było prawie zupełnie ciemno i mogła tylko widzieć jak przez mgłę, że Imogena siada na sofie, a Józia z przerażeniem zajmuje taboret od fortepianu. Ciągle się wsłuchiwała, czy nie idzie ciotka Iza i byłoby jej dwa razy przyjemniej w szparagowej altanie, gdzie panowała zupełna swoboda.

Imogena zaś dopiero tam doszła do siebie i zaczęła mówić, ciągle tylko o sobie. Jakież historie miały się jej niby to przydarzyć! Wszystkie panny z pisma „Młoda Angielka”, razem wzięte, nie doznały tak dziwnych przygód. Kasia i Józia, coraz bardziej zaciekawione, przysunęły się do sofy, słuchając z otwartymi ustami. Kasia zapomniała nadstawiać ucha, czy nie idzie ciotka Iza i chociaż drzwi od bawialnego pokoju otworzyły się, nie spostrzegła tego. Nie słyszała nawet zamykającej się frontowej bramy, gdy ojciec przyszedł na obiad.

Pan Carr zatrzymawszy się w przedsionku, żeby przejrzeć gazety, usłyszał krzykliwy głos w bawialnym pokoju. Z początku nie zwracał prawie uwagi, lecz uderzyły go następujące słowa:

— Ach moje drogie, jakże to miło było, jak rozkosznie! Musiałam dobrze wyglądać w białej sukni, z rozpuszczonymi włosami i z jedną różą, tu na wierzchu głowy. On się nachylił do mnie i rzekł cichym, głębokim tonem: „Pani, jestem rozbójnikiem, ale czuję czarodziejską potęgę piękności. Jesteś pani wolną!”.

Doktor Carr trochę bardziej uchylił drzwi, lecz nie widział nic, prócz niewyraźnych postaci. Po chwili usłyszał Kasię niecierpliwie wołającą: