— Ona zupełnie tak wygląda jak wszyscy ludzie, nieprawdaż? — szeptała Cesia, która przyszła zobaczyć nowo przybyłą.
— T-a-k — odrzekła Kasia niepewnym głosem — tylko jest daleko, daleko ładniejsza.
Po chwili pan Carr zaniósł kuzynkę Helenę na górę. Wszystkie dzieci chciały także pójść, ale powiedział im, że musi wypocząć, bo jest zmęczona. Poszły więc bawić się na dworze aż do herbaty.
— Proszę mi pozwolić zanieść tackę! — zawołała Kasia przy herbacie, widząc, że ciotka Iza przygotowuje kolację dla kuzynki Heleny, a jaką smaczną kolację! Kurczęta na zimno, maliny, śmietanę, herbatę w ładnej filiżance z biało-różowej porcelany i taką śnieżną serwetę rozłożyła na tacy!
— Nie pozwolę, bo wszystko zaraz pozrzucasz — rzekła ciotka Iza, ale Kasia patrzyła tak błagalnie, że doktor Carr odezwał się:
— Pozwól Izo, bo lubię, kiedy dziewczęta są użyteczne.
Dumna z tego zlecenia Kasia wzięła tacę i niosła ją ostrożnie przez sień. Na stole stał tam wazon z kwiatami, wpadła więc na świetny pomysł: postawiła tacę, wyjęła jedną różę i położyła ją na serwecie przy spodku z malinami. Widząc, jak to ładnie wygląda, uśmiechnęła się z radości.
— Dlaczego zatrzymujesz się? — zawołała ciotka z jadalnego pokoju. — Bądź ostrożna Kasiu, doprawdy lepiej by to zrobiła Brygida!
— O nie, nie — broniła się Kasia — już prawie doszłam.
I pospieszyła na górę. Nieszczęsny ten pośpiech! Stanąwszy przed samymi drzwiami błękitnego pokoju, nastąpiła na sznurowadło od bucika, które jak zwykle było odwiązane. Poślizgnęła się, zachwiała, chwyciła drzwi, żeby się oprzeć, ale się otworzyły, a Kasia upadła na dywan, z tacą, ze śmietaną, z malinami, z różą i ze wszystkim tworząc wielki stos.