— Jak tu ciemno! — rzekła, gdy się ucałowały i pogadały chwilę. — Nie mogę dojrzeć twojej twarzy. Czy większe światło raziłoby ci oczy?

— O nie! — odpowiedziała Kasia. — Światło mi nie razi oczu, tylko nie lubię, żeby tu słońce zaglądało. Jakoś mi się zaraz gorzej robi.

— Podnieśże trochę rolety, Józiu — rzekła, co też ona zaraz uczyniła.

— Teraz widzę — powiedziała kuzynka Helena i ujrzała przed sobą bardzo zgnębione dziecko, z twarzą wychudzoną, z oczami czerwonymi od ciągłego płaczu. Ciotka Iza czesała ją dwa razy tego ranka, ale Kasia targała włosy niecierpliwie palcami, dopóki nie stanęły na głowie jak najeżony krzak. Miała na sobie perkalowy szlafroczek, wprawdzie czysty, ale dziwnie niezgrabny, w pokoju panował porządek, ale krzesła ustawione pod ścianą i szereg flaszek od lekarstw na kominku nadawały mu ponury wygląd.

— Czy tu nie okropnie? — westchnęła Kasia, gdy się kuzynka Helena rozglądała wokoło. — Wszystko tu okropne! Nie będę zbytnio na to zwracać uwagi, dopóki ty jesteś. Ach kuzynko Heleno, przebyłam tak straszny, straszny czas!

— Wiem! — odrzekła Helena z politowaniem. — Słyszałam o tym i bardzo mi cię żal. To ciężka próba, moja droga biedaczko!

— Ale jak ty sobie radzisz? Jakim sposobem jesteś taka słodka, piękna i cierpliwa, kiedy ciągle ci smutno i nie możesz zajmować się niczym, ani chodzić, ani stać? — pytała Kasia ze łkaniem.

Helena nic nie odrzekła przez krótką chwilę, tylko pieściła jej rękę.

— Kasiu — odezwała się nareszcie — czy ci ojciec powiedział, że sądzi, iż stopniowo powrócisz do zdrowia?

— Powiedział, ale to nie nastąpi jeszcze długo, długo! Chciałam zrobić tyle rzeczy, a teraz nic nie mogę!