— Jakież to rzeczy?
— Uczyć się, być pomocą ludziom i stać się sławna. Chciałam dawać lekcje dzieciom, bo mama powiedziała, żebym troszczyła się o nie, pragnęłam to spełnić, ale jakże mogę chodzić do szkoły i uczyć się czegoś sama? Jeżeli kiedyś wyzdrowieję, to dzieci już wyrosną i nie będą mnie potrzebowały.
— Dlaczego miałabyś z tym czekać aż wyzdrowiejesz? — zapytała Helena z uśmiechem.
— Ależ kuzynko Heleno, cóż ja mogę zrobić, leżąc tu w łóżku?
— Bardzo wiele. Czy mam ci powiedzieć to, co, jak mi się zdaje, mówiłabym sobie, będąc na twoim miejscu?
— Proszę, proszę! — zawołała Kasia ciekawie.
— Powiedziałabym sobie tak: „Kasiu Carr, chciałaś chodzić do szkoły i uczyć się, jak się stać mądra i pożyteczna drugim, masz zatem sposobność. Bóg powołał cię do swojej szkoły, gdzie sam uczy różnych pięknych rzeczy. Może zechce cię zatrzymać tylko przez jeden rok szkolny, a może przez dwa, trzy lub cztery — bądź co bądź musisz jak największą wagę przywiązywać do tej sposobności, bo On sam ci ją daje”.
— Cóż to za szkoła? — spytała Kasia. — Nie rozumiem, co chcesz powiedzieć.
— Jest to szkoła cierpienia — odrzekła Helena ze swym najsłodszym uśmiechem. — Miejscem, gdzie będziesz pobierała lekcje, jest ten pokój. Przepisy szkolne są bardzo twarde, ale dobre uczennice po krótkim czasie widzą, jak trafne i pożyteczne. Lekcje takie są niełatwe, ale im więcej będziesz nad nimi pracowała, tym bardziej wydadzą ci się zajmujące.
— Cóż to za lekcje? — spytała Kasia ze wzrastającą ciekawością i z takim wrażeniem, jak gdyby kuzynka Helena opowiadała historię.