— Ależ Cesia przychodzi prawie co dzień! — zauważył Henryś, nie widząc związku między tym faktem a umyciem sobie twarzy.
— Prawda, ale dziś będziecie pić herbatę w Kasi pokoju — rzekła ciotka Iza — oto są zaproszenia, dla każdego osobne.
Istotnie, na ładniutkich karteczkach napisano, aby łaskawi byli udać się do pałacu królowej Katarzyny o szóstej popołudniu. To nadało inny pozór całej sprawie. Dzieci pobiegły na górę i po krótkiej chwili, uczesane i umyte, urzędownie zapukały do drzwi „pałacu”. Jak to pięknie brzmiało!
Pokój wyglądał jasno i zachęcająco, Kasia siedziała w swoim fotelu przy ogniu, Cesia obok, a przed nimi, na okrągłym stoliku przykrytym białym obrusem stały dzbanki z mlekiem, biszkopty, konfitury z poziomek i ciastka przekładane orzechami. W środku znajdowała się forma mrożonych ciastek w kształcie różowych literek i Józia nachyliwszy się, przeczytała głośno „Walentynki”.
— Co to znaczy? — spytał Henryś.
— Wiesz przecież, że dziś świętego Walentego, widać, że Dorota pamiętała i dlatego umieściła ten napis! — odparła Kasia.
W owej chwili nie mówiono już więcej o Walentynkach, ale skoro ostatnia różowa litera została zjedzona i uprzątnięto kolację, gdy się dzieci rozsiadły wokół ognia, zapukał ktoś głośno do drzwi.
— Kto to może być? — odezwała się Kasia. — Proszę cię, zobacz Józiu.
Gdy się otworzyły drzwi, Brygida, powstrzymując się od śmiechu, weszła z kopertą w ręku.
— List przyszedł do panny Józefy.