U nas jednak dzieje się inaczej. Na przykład takie małżeństwo państwa Duchniaków. Niby „państwo”, a wcale nie byli grzeczni dla siebie, z czego wynikał wielki rozchód wszelkiego sprzętu szklanego i porcelanowego, który tłukli o siebie przy gorętszej wymianie myśli, a kiedy ze względów oszczędnościowych zaopatrzyli się w trwalszy sprzęt metalowy, z owych prywatnych waśni wynikło oskarżenie w sądzie grodzkim.
Srogi małżonek, pan Abram Duchniak metalowym garnkiem dotkliwie posiniaczył małżonkę.
— Co podsądny ma na swe usprawiedliwienie?
— Czy pan sędzia, proszę wysokiego sądu, był żonaty?
— Proszę nie kpić z władzy!
— No tak, jeśli pan sędzia jest kawalerem, to źle z moją sprawą, bo to, proszę wysokiego sądu, przychodzę onego dnia zdenerwowany, bo ciężkie czasy, urzędnikiem jestem, a do pierwszego daleko było jeszcze wtedy. Wiadomo, urzędnik jak dziewica: ciągle czeka na pierwszego... Tymczasem w domu obiad niegotowany, a żona z obcym jakimś drabem siedzi i śmieją się do siebie. I jak tamten sobie poszedł, to zaraz przyszło mi do głowy, że nie sam dzieliłem wierność mojej żony. No i tak z niczego się zaczęło. Ja jej powiadam, ona mi powiada, a że garnki były metalowe, to się szkoda cielesna na mojej małżonce zrobiła.
— I nie było panu żal?
— E, nie. Garnek i tak już przed tym był cały powyginany...
Pomyłka
Pan Artur Ranienko nie miał w sobie nic z narcyza87. Jednak kobiecym ruchem poprawił raz jeszcze kwiaty w wazonie i przejrzał się znowu w lustrze.