Była to cała ceremonia.
Najpierw cofnął się o dwa kroki, potem przechylił głowę jak ptak na gałązce. Dopiero teraz wyjął chusteczkę z bocznej kieszonki, rozfalował ją na wachlarzyk, po czym starannie włożył z powrotem i wtedy przechylił głowę na drugą stronę.
Tak trwał przez dłuższą chwilę, ale następnie wydął dolną wargę, z głębokim namysłem znowu wyjął chusteczkę z kieszeni i tak już pozostał, bezradny, umęczony, niezdecydowany...
Pan Artur Ranienko czekał i skracał sobie czas czekania. Na schodach rozległy się kroki. Lekkie, sprężyste, coraz bliższe. Gorączkowo ułożył chusteczkę w trójkąt i wsunął do kieszeni. Skorygował się jednym spojrzeniem. Chustka po tylu próbach wyglądała jak pomięta wczorajsza chryzantema. Wyrwał ją więc oburzonym ruchem i cisnął do szuflady.
Rozległo się dyskretne pukanie do drzwi.
Westchnął z ulgą, ręką poprawił sobie włosy i wystudiowanym melodyjnym krokiem minął korytarz.
— To ty? — spytał, otwierając drzwi. — Kochana...
— Przepraszam? Ubrania kupuję, może pan ma stare buty, kapelusze, bieliznę także.
Pan Artur zatrzasnął ze złością drzwi przed samym nosem niefortunnego handlarza... Wrócił przed lustro do przerwanej historii z chusteczką.
Pukanie ponowiło się.