— Kto tam?

— Pan sprzeda?! Ubrania, może stare buty, kapelusze. Dam dobrą cenę!

— A pójdziesz pan nareszcie! Natręt.

Wrócił do pokoju i zajął się przed lustrem już trzecią chusteczką.

Pukanie przerwało mu znowu.

Zdenerwowany zbliżył się teraz i zaczął krzyczeć:

— Cholera jasna! Spokojnie w domu nie można wysiedzieć. Nałażą i nałażą... Jak dam w mordę!...

Tu przerwał. Od otwieranych drzwi odchodziła pośpiesznie giętka i smukła, kołysząca się ukochana...

Dogonił ją i zaczął przepraszać. Schodziła po schodach nadąsana i obrażona. Nie sądziła, że on mógł w ogóle do kogokolwiek mówić w taki sposób.

Szedł za nią aż do bramy aż na ulicę. Zabiegał z prawej strony, z lewej, gestykulując i wyjaśniając.