Zdenerwowany młodzieniec udał się do kasowego okienka, a wtedy stary, redakcyjny, autentyczny gzyms samorzutnie oderwał się od sufitu i trafił go w głowę...
Autentyczne!
Grafoman uciekł i przestał być grafomanem.
Kasjerka wypadła za nim na ulicę. Goniła. Nic nie pomogło. Uciekł, potrącając przechodniów ulicy Marszałkowskiej.
Na drugi dzień z polecenia redaktora w redakcji zjawił się inżynier i dwóch robotników. Zainstalowano nowe urządzenie, oparte na zasadzie owego gzymsu. Obecnie wystarczy, aby stary woźny, który czuje grafomanów przez skórę, nacisnął dzwonek, a ciężki kawał gzymsu spada i nie rozbija się.
Wuj z prowincji
Mój wuj z Wileńskiego jest typem rotmistrza rosyjskich huzarów.
Okropny zawadiaka. Ale — jak sam twierdzi — bardzo sprawiedliwy!
— Ty wiesz — rzekł mi kiedyś w knajpie — a tak i twarz tego typa, co siedzi naprzeciwko nas, mi się nie podoba, o! Nie podoba!
— Ależ kochany wuju, niechże wuj się uspokoi... Siedzi sobie facet i je zupę. Ma prawo.