— Kochany panie Maliniak. Niepotrzebnie pan mnie niepokoi. Pan jest nazbyt wielkim służbistą. Nic tak nie utrudnia sprawnej działalności maszyny administracyjnej jak zbytnia gorliwość urzędników. Wiem, że w swoim szczeblu służbowym jest pan jednostką pożyteczną, ale uprzedzam pana, że przed wypiciem pierwszej szklanki herbaty nie zwykłem załatwiać podań petentów.
Teraz emeryt Maliniak wstawał, zdejmował okulary, zwracał się do pustego biurka naczelnika i zaczynał tonem pełnym uniżonej pokory:
— Panie naczelniku, podanie, o którym się ośmieliłem mówić, jest bardzo pilną sprawą aprowizacyjną. Jest to podanie Genowefy Nagniotek, naszej wspólnej prywatnej służącej, w którym odnośna pracownica domowa ubiega się o pozwolenie udania się po zakupy do sąsiedniego sklepiku kolonialnego99 w celu przyrządzenia dzisiejszego obiadu. Pozwolę sobie nadmienić, że wczoraj wcale nie jedliśmy obiadu, ponieważ podanie nie posiadało odpowiedniej ilości znaczków stemplowych i w załączeniu miało dwie fotografie zamiast jednej. Czy mogę wezwać petentkę?
Emeryt Maliniak naciska dzwonek, siada przy biurku naczelnika i przybiera ton wyższości.
Po chwili zjawia się służąca, a jednocześnie u drzwi wejściowych rozlega się niecierpliwy dzwonek.
— Proszę pana o klucz od frontu! Przecież dzwonek dzwoni! Pewnie panienka wróciła.
— Do kogo się zwracasz, idiotko jedna! Nie widzisz, że przy tym biurku siedzi sam pan naczelnik. Tyle razy ci mówiłem, że najpierw należy zwrócić się do odnośnego referenta!
Służąca z wyrazem rezygnacji staje przy pustym biurku, do którego po chwili przesiada się pan Maliniak. Tymczasem dzwonek zaczyna dzwonić coraz natarczywiej.
— Imię i nazwisko?
— Niechżeż pan da mi prędzej klucz od frontu. Przecież to dzwoni panienka.