Na schodach stał kot i patrzał nań, przymrużywszy jedno oko. Potem podniósł przednią łapę, zamiauczał przeciągle, raz, drugi i trzeci i zaczął ją oblizywać długim płomiennym języczkiem z wyrazem bólu na kosmatym pyszczku.
Pan Stanisław cofnął się do pokoju niezdecydowany. Kot wszedł za nim. Pan Bączek nachylił się nad nim, pogłaskał go. Kot podał mu łapę. Okazało się, że jest zwichnięta i pokaleczona. Pan Stanisław obejrzał ją dokładnie, opatrzył, nakarmił kota. Wtedy kot przytuptał do drzwi wejściowych, zaczął skrobać i miauczeć. Pan Stanisław otworzył je. Kot czmychnął i znikł za zakrętem schodów.
„Zwierzęta są mądre” — pomyślał pan Bączek.
Nazajutrz jednak o tej samej porze pod jego drzwiami rozległo się miauczenie.
Otworzył je, sądząc, że spotka znajomego kota. Tymczasem do mieszkania weszły dwa inne. Oba cupnęły w przedpokoju i zaczęły oblizywać swoje łapy. Pan Stanisław stwierdził, że są pokaleczone. Opatrzył je, nakarmił oba koty i wypuścił.
„Zwierzęta są mądre” — pomyślał pan Bączek.
Nazajutrz pod jego drzwiami rozległo się chóralne miauczenie.
Otworzył drzwi i do mieszkania wskoczyły cztery koty. Opatrzył je, nakarmił i poszły sobie donikąd.
Nazajutrz zjawiło się osiem.
Następnego dnia szesnaście.